sobota, 21 września 2013

Wojna nuklearna

Od zawsze miałam dziwne sny. Często śniły mi się okropne rzeczy - musiałam przed kimś uciekać, chować się, ktoś do mnie strzelał. Czasami zdarzało się, że umierałam w snach - trafiona kulą, przeszyta strzałą. Raz śniło mi się, że tonę - umierałam z płucami pełnymi wody. Pamiętam wszystkie myśli, jakie temu towarzyszyły. Pamiętam ból, strach, smutek. Pamiętam moment, w którym to wszystko się urywało - strach mijał, po ciele rozchodziło się jakieś nieznane ciepło, nie czułam bólu. Nie czułam nic. Nie czułam siebie.

Nie żyłam.

Nigdy nie udało mi się zobaczyć, co jest po śmierci. Zawsze się wybudzałam, lęk przejmował nade mną kontrolę. I przebudzenia były okropne - czasami strach był na tyle duży, że nie byłam w stanie wyjąć ręki spod kołdry, żeby zapalić światło. Nie umiałam otworzyć oczu. Męczyłam się tak przez kilkanaście minut, a potem, nieświadoma niczego, zasypiałam. I znowu śniłam.

Z ostatnich kilku, może kilkunastu lat, nie pamiętam ani jednego pozytywnego snu. Mam smutek w podświadomości. Chyba nawet sama go nieświadomie szukam. Pamiętam jeden sen, z czasów, gdy byłam bardzo mała - miałam może osiem, dziewięć lat. Śniło mi się wtedy, że latam. Latałam nad ziemią, unosiłam się w pokoju, odpychałam się nogami od podłogi i w następnej chwili byłam pod sufitem. To był najprzyjemniejszy sen w moim życiu. Nie czułam w zasadzie niczego szczególnego - ot, dużą dozę odprężenia, żadnego nacisku z żadnej strony. Małe, wolne, swobodne ciało, unoszące się gdzieś w powietrzu, odgarniające powietrze wątłymi ramionami.

Od jakiegoś roku często śni mi się koniec świata. Nie apokalipsa, nie zagłada, nie słyszę w tych snach żadnych trąb, nie widzę w nich aniołów śmierci. Śni mi się po prostu, że jestem gdzieś - zwykle są to miejsca fikcyjne - i nagle widzę wybuch bomby na horyzoncie. Pojawia się nuklearny grzyb, widzę nadchodzącą śmierć. Czuję, co zaraz nastąpi. Czuję, że zaraz umrę. Że wszyscy umrą i już nic się nie da zrobić. To trwa zaledwie kilka, kilkanaście sekund. Czekam na śmierć, na nadchodzącą siłę wybuchu, na uderzenie. I ono nadchodzi, konam, a później się budzę.

Pierwszy taki sen pojawił się niedługo po odejściu M. Śniło mi się, że byłam w mojej miejscowości, stałam przed jednym ze sklepów. Zadzwonił telefon, odebrałam. Tak, to był on. Mówił, żebym się nie martwiła, że niedługo wróci i wszystko będzie poukładane. Tak, po-uk-ła-da-ne. Wiedziałam, że M. jest w jakimś niebezpiecznym miejscu. Czułam, że coś mu się może stać. Jego głos zagłuszały krzyki protestujących ludzi. Poprosiłam go, żeby jak najszybciej wracał. Nagle po drugiej stronie słuchawki zapadła martwa cisza. Spojrzałam przed siebie. Na horyzoncie zobaczyłam ogromny wybuch i unoszący się w powietrze atomowy grzyb. Zaczęłam krzyczeć do słuchawki, ale wiedziałam, że już za późno. Wiedziałam, że on zginął. I wiedziałam, że zaraz ja również zginę. Wbiegłam do sklepu, była w nim jakaś kobieta (w snach zwykle nie identyfikuję twarzy, ewentualnie tylko głosy, zapachy). Podbiegłam do niej i powiedziałam "zaraz umrzemy". Złapała mnie za rękę. Chwilę później usłyszałam głośny łomot, runęły na nas ściany sklepu. Zdążyłam jeszcze poczuć ból oraz ciepło rozchodzące się po całym moim ciele.

Te sny ciągle wracają. Zmienia się sceneria, jeden sen nie występuje dwa razy. Zawsze na końcu umieram.

Piszę o tym, bo wczoraj znów miałam taki sen. Moja współlokatorka wyjechała na weekend i jestem tu zupełnie sama. Boję się położyć spać. Nie chcę znów umierać. Nie chcę czuć tego wszystkiego. Nie chcę się potem budzić.

Naaaah.