Wyszedł z domu prosto w noc. Przywitała go swoim chłodnym ciepłem, objęła delikatnie i złożyła na jego ustach cichy pocałunek. Noc była bezgłośna. Nie chciała niszczyć potęgi ciszy. Poruszała się bezgłośnym, wolnym tempem, lewitując kilka centymetrów nad gruntem, nie dotykając niczego. Pocałowawszy go delikatnie, odleciała w otchłań.
Zaczęło świtać. Mężczyzna przetarł oczy – nie było mu dane oglądać widoku brzasku od wielu lat. Usiadł na trawie i zaczął nieśmiało patrzeć na wschodzące słońce – symbol jego powrotu. Było piękne: okrągłe, kształtne, w kolorze dojrzałej pomarańczy. Oświetlało drzewa, domy i wszystko wokół nich. Jego promienie odbijały się od kropel porannej rosy, leżącej na źdźbłach zielonej trawy. Mężczyzna rozejrzał się dookoła i poczuł nagły ucisk w sercu. Wróciły do niego wspomnienia – ciepłe, wakacyjne dni, a w nich ona – śmiejąca się i machająca radośnie w jego stronę. Później jesienne dni, podczas których czuł tylko jej słabnący oddech. I zimowy poranek, gdy zobaczył ją po raz ostatni. A teraz? Nie umiał nawet powiedzieć, jaka jest pora roku. Wczesna jesień? A może późna wiosna? Przez ten cały czas jego skóra zdążyła już nieco zblednąć, a oczy – stracić swój dawny blask.
Ale on tu wrócił, on istnieje i będzie istniał. On odżyje. Odłożywszy na bok wspomnienia, mężczyzna wstał i zdecydowanym krokiem ruszył przed siebie, w stronę słońca.
_____
"So could we go to where no-one ever leaves you laying?
Could we head for some place, where everything happens for a reason?"