niedziela, 31 maja 2015

Pianino

Na stacji kolejowej w Nijmegen jacyś dobrzy ludzie wpadli na genialny pomysł, żeby postawić pianino. Jest to projekt buiten spelen, czyli "granie na świeżym powietrzu". Każdy, kto ma ochotę, może przysiąść przy pianinie i zagrać dla śpieszącego się tłumu ludzi. W Polsce też widziałam takie panino, tylko raz, na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Czasami ludzie grają okropnie, ale zdarzają się też prawdziwe perełki. Tak też było i dzisiaj.

Byłam w drodze do Tilburga, jechałam z przesiadką w Nijmegen. Miałam 30 minut do przeczekania pomiędzy pociągami. Przy pianinie na stacji siedział chłopak, na oko jakieś 20 lat, obok niego stał drugi młodzieniec, wiek mniej więcej ten sam. Chłopak zaczął grać. Nigdy wcześniej nie słyszałam niczego podobnego. Grał z ogromną pasją. Drugi chłopak tylko stał, pił red bulla i przyglądał się koledze. Stanęłam z daleka, oparłam się o barierkę i chłonęłam muzykę. Chłopak skończył utwór, zaczął grać kolejny, tym razem wolny, łóżkowy kawałek. Miód dla uszu. Nie popełniał żadnych błędów. Grał całym sobą. Miałam ochotę podejść i podziękować mu za tę muzykę. A potem wyjąć wszystkie moje oszczędności i błagać go o napisanie i zagranie soundtracka do mojego życia.

Nic takiego się nie wydarzyło. Za to wydarzyło się coś więcej.

Grający chłopak wstał, objął swojego kolegę i pocałował go w usta.
Stojący chłopak wypuścił z rąk pustą puszkę po red bullu.
Trwali tak chwilę, w uścisku. Nikt nie zwrócił na nich uwagi.

Cichutko oddaliłam się w stronę peronu, jakby bojąc się, że mogę zniszczyć im tę magiczną chwilę. Przypadkiem stałam się świadkiem czegoś wyjątkowego.

Miłość jest magią i chyba zaczynam znowu w nią wierzyć. ; )

sobota, 9 maja 2015

Jogging i ja

Właśnie zakończyłam pierwszy tydzień porannego biegania. : )
A więc tak: budzę się o 6:30, piję kawę z mlekiem sojowym i o 7:00 wychodzę na zewnątrz. Jest jeszcze chłodno, słońce nisko nad horyzontem. Ludzie leniwie wychodzą ze swoich domów. Zaczyna się nowy dzień. Niektórzy jeszcze śpią, ale za godzinę, dwie, trzy i tak będą już wstawać.

Maszeruję w stronę parku, trwa to jakieś 5 minut. W parku rozgrzewka, kolejne 10 minut. Około 7:15 zaczynam mój trening. Jako że osoba ze mnie mało usportowiona, postanowiłam zacząć "z głową", a mianowicie z programem "Biegaj 40 minut". Zaczyna się od interwałów (na przemian bieg i marsz), by po 12 tygodniach być w stanie przebiec bez zatrzymywania pełne 40 minut. Trening dla słabeuszy, jak ja. Po interwałach (30 minut) dodaję jeszcze 10 minut marszu i 5 minut ćwiczeń rozciągających. Całość zamyka się w około godzinie. Biegam głównie po lesie, mamy bardzo ładne i bezpieczne ścieżki, do tego wszechobecną zieleń i śpiew ptaków.

Po pierwszym dniu (poniedziałek) czułam się świetnie, ale następnego dnia miałam okropne zakwasy. Po drugim dniu (środa) miałam energię na cały dzień. Zakwasy już nie wróciły.
Trzeciego dnia postanowiłam biegać po części lasu, której nie znam. I chyba jestem średnio inteligentnym Kotem, bo po godzinie treningu stwierdziłam, że nie mam bladego pojęcia, gdzie jestem. Postanowiłam pomaszerować trochę ścieżką, którą (wydaje mi się) kiedyś już szłam. Po kolejnym kwadransie miałam przed sobą tylko ścieżkę i bezkresny las.
Postanowiłam wspomóc się GPS-em. Okazało się, że jestem cztery kilometry od miejsca, z którego wyruszyłam! Szłam dokładnie w przeciwną stronę, niż powinnam.

Pomyślałam sobie: "trudno, jeszcze trochę pomaszeruję". I tak maszerowałam te cztery kilometry, nie chcąc już biec, bojąc się zakwasów następnego dnia. Po jakichś 45 minutach znalazłam się w miejscu, które znałam. Gdy wróciłam pod dom, okazało się, że przebywałam "w terenie" prawie dwie godziny! Dwie godziny treningu dla takiego słabeusza, jak ja! W mojej wyobraźni czułam już ten dobrze znany ból przepracowanych mięśni.

Gdy obudziłam się dzisiaj rano, na początku bałam się poruszyć.
Później zdecydowanym ruchem wstałam z łóżka.
Zero bólu!!!

Bieganie mi się podoba. : )