wtorek, 29 września 2015

Załamanie nerwowe

Wczoraj nadeszło długo odwlekane i długo oczekiwane załamanie nerwowe.

Dzieci miały wolne od szkoły, więc były ze mną przez cały dzień. Marudzące, wiecznie niezadowolone istoty, które zamiast bawić się i szaleć na naprawdę wypasionym placu zabaw, najchętniej siedziałyby zamknięte w czterech ścianach, wpatrzone w laptopa, telefony czy tablety. Gdzie się podział ten zapał, ten ciągły pęd? Gdy byłam w ich wieku, nie dało się mnie utrzymać w domu. Spędzało się całe dnie na zewnątrz, niezależnie od pogody. Do domu wpadało się tylko na chwilę, coś zjeść (albo tylko zabrać ze sobą kanapkę) i zaraz wracać do zabawy. Na wsi nie było placu zabaw. Nawet zwykłe huśtawki były atrakcją. Pamiętam, jak uwielbiałam jeździć w odwiedziny do krewnych, którzy mieszkali na blokowiskach w mieście, a przed blokiem zawsze były place zabaw: dwie huśtawki, piaskownica, zjeżdżalnia, czasem karuzela.

I wieczór wczoraj z nimi też był ciężki. Nie dałam się wyprowadzić z równowagi, ale wewnątrz czułam się okropnie. Gdy tylko z pracy przyjechała mama dzieciaków, zaraz zwinęłam się do swojego pokoju. Zanurzyłam się w ciszy, a potem w ciepłej wodzie pod prysznicem. Czułam, jak spływa ze mnie całe zmęczenie. Wreszcie byłam w stanie płakać.

Spod prysznica wyszłam jak nowo narodzona.

I potem, przeglądając Internet natknęłam się na wiersze Jasnorzewskiej. Pierwszym, który wpadł mi w ręce, był ten. O losie, ależ potrafisz mi dopiec i wrzucić mnie w dolinę rozmyślań...

Nie widziałam cię już od miesiąca.
I nic. Jestem może bledsza,
Trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,
Lecz widać można żyć bez powietrza.

M. Pawlikowska-Jasnorzewska, Miłość

A ogólnie życie płynie mi dobrze. Ale zanim znowu zacznę tu radośnie ćwierkać, jak to mi fajnie, przemyślę wszystko pięć razy i poczekam trochę. Kto wie, jaka prawda wypłynie tym razem.

poniedziałek, 28 września 2015

sobota, 19 września 2015

Znów wszystko poszło nie tak

Był sobie post, został napisany, nawet chyba kliknięto przycisk "opublikuj", ale coś poszło nie tak.

I nie będzie notki, nie będzie słów, myśli zostaną.

Smutno mi...

sobota, 5 września 2015

Dom wariatów

Wszeszczą na siebie. Płaczą. Krzyczą.

Miał być wolny, samotny weekend - rodzina goszcząca miała wyjechać na północ Holandii odwiedzić jakichś krewnych i mieli tam zostać do niedzielnego wieczora.
Wyjechali dzisiaj rano. Spakowali się i około 9:00 już ich nie było.

Gdy wstałam z łóżka (ominęłam śniadanie, żeby trochę dłużej pospać), w domu był tylko pies i cisza. Cisza. Cisza. Absolutna cisza. Tylko czasami stukanie łapek na panelach.
Pojechałam do sklepu, zrobiłam małe zakupy, wróciłam, obejrzałam dwa odcinki serialu, wykąpałam psa i zastanowiłam się, co będę robić w ten samotny weekend. Cichy weekend. Jeden z niewielu, jakie są mi dane tutaj, bo cicho jest wyłącznie wówczas, gdy nie ma dzieci.
Dla sprostowania powiem, że uwielbiam dzieci, ale uwielbiam też ciszę i spokój. Te dwie rzeczy nigdy nie idą ze sobą w parze i jestem tego świadoma. Dlatego tak ubóstwiam każdy moment, gdy jestem sama i mogę porozkoszować się ciszą.
Na lunch zjadłam pasta pesto (mmmmmmmm!), obejrzałam jeszcze jeden odcinek serialu i czułam się naprawdę gezellig. Około 14, przez przypadek zerknęłam na telefon, który dostałam od nich.
Zielona ikonka WhatsApp migała.
Wiadomość.
W połowie drogi zepsuł im się samochód. Nigdzie nie pojadą. Zostaną przywiezieni z powrotem ok. 15.

Nie będzie ciszy.
Nie będzie spokoju.
Będzie głośno.
Będzie nieznośnie.
Moje plany legły w gruzach.

Wszyscy są podenerwowani, zwłaszcza rodzice. Nie mają dzisiaj dla siebie cierpliwości.
Dzieciaki wyją, zawiedzione, że musiały wracać do domu.
Ja mam wolne, więc nic nie robię.
Ojciec wrzeszczy na dzieciaki, a one wrzeszczą na niego. Wszyscy wyją.
Nawet pies szczeka. Dom wariatów.

A ja siedzę w swoim pokoju, udało mi się dzisiaj gruntownie wszystko posprzątać.
Jest mi nawet przyjemnie, ale brakuje mi tego stanu umysłu - gdy się jest samemu i można chodzić po domu bez spodni.