wtorek, 30 czerwca 2015

Loty i przeloty

Start samolotu. Niby taka normalna rzecz, niby nic, a jednak zupełnie różne są moje reakcje.

Bałam się tylko wtedy, gdy pierwszy raz leciałam samolotem. Start był dla mnie czymś zupełnie nowym. Za drugim, trzecim i dziesiątym razem najczęściej zamykałam oczy zaraz po wejściu na pokład, zakładałam słuchawki i nie interesował mnie za bardzo ten cały zgiełk i podenerwowanie dookoła. Było mi sumie wszystko jedno - i tak od dłuższego czasu jakoś nie widzę sensu w moim życiu, więc śmierć w katastrofie w sumie byłaby mi nawet na rękę.

Dzisiaj było inaczej. Wsiadając, czułam dziwny ucisk w klatce piersiowej. Gdy samolot zaczął startować, miałam wrażenie (ba!, byłam tego pewna), że zaraz zaczniemy spadać. Miałam w głowie wizję ciał rozszarpywanych przez siłę uderzenia. Czułam strach.

Dotarło do mnie dzisiaj, że ludzie reagują różnie na sytuacje pozornie takie same. Nie jest mi już wszystko jedno, czy będę żyć, czy może zginę. Chyba zaczynam martwić się o swoje życie. Dlatego start samolotu jest dla mnie czymś stresującym.

Ciekawe, jakie będzie lądowanie... Piszę ten post będąc wysoko, wysoko...

PS Pisane już później: lądowanie przebiegło pomyślnie. : )

sobota, 20 czerwca 2015

Rany

Nie wiem, jak to się stało, ale udało mi się jakiś czas temu wpaść w ten dziwny stan zwany zakochaniem. Ze wszystkimi jego objawami: bólem gdzieś w żołądku, niemożnością jedzenia, nieuzasadnionym pragnieniem widywania tej osoby najlepiej codziennie. Pewnie to przez tę ciepłą aurę, która nareszcie powoli nadeszła, pewnie to przez tę bardzo długą zimę (chociaż wcale nie zimną, raczej tę metaforyczną).

Zakochałam się, jak to ja, w niewłaściwym człowieku.

Na początku, naćpana endorfinami, czułam euforyczne szczęście. Gdy okazało się, że jest idealnie tylko w mojej głowie, spadłam na samo dno. Nadal tam jestem.

Mój związek zakończył się wczoraj, gdy do smutku doszedł jeszcze paniczny strach. Głupotą było myślenie, że coś się znaczy.

Teraz pora zacząć lizać rany, które w sumie nawet nie są aż takie głębokie, ale mimo to skurwysyńsko bolą.

Głowa do góry, Kocie, ogarniemy to.

niedziela, 14 czerwca 2015

CZEMU?

Czemu tu jestem, jeśli wcale nie chcę tu być,
Nie chcę żyć, chcę już umierać.
Umarłabym tu i teraz, gdybym mogła.

Włóczę się, zastanawiam,
Czy to jeszcze ma sens, skoro ciągle tak
Sama, sama, sama.

Chciałabym wziąć sznurek, zaczepić go w jakimś wysokim punkcie, zapleść pętlę, wejść na stołek, założyć pętlę na szyję, rozbujać stołek, stracić kontrolę, zawinsnąć na sznurku, za szyję. I tylko chrzęst miażdżonej krtani. Ratunku nie ma, jestem tylko ja i przemijanie.

Trzy sekundy i nie ma mnie.

Już nawet wszystko mi jedno, co zrobią z moimi rzeczami...

Gdyby to ode mnie zależało, nigdy bym się nie urodziła.
Na pewno.
I nigdy.

piątek, 12 czerwca 2015

Śmierć vs. umieranie

Boję się ostatnio śmierci. Śmierci, nie umierania.

Ludzie dookoła mnie zaczęli wymierać. Kilka dni temu zmarł jeden z moich klientów, Reinder. Trzeci klient w ciągu mojego wolontariatu, a wciąż zostały trzy miesiące do jego końca.

Wychodzę codziennie z domu, jadę do pracy. Podróżuję. Korzystam z pociągów, autobusów, samolotów. Jakie jest prawdopodobieństwo, że tym razem wyszłam z domu po raz ostatni i już nigdy do niego nie wrócę? Spakowaliby wszystkie moje rzeczy do kartonów i wysłali z powrotem do Polski, ale to tylko przy dobrych wiatrach. Przy gorszych - plastikowe worki i kringloop. Lubię moje rzeczy. Dlatego nie chcę umierać i chcę wrócić do domu: dzisiaj, jutro i zawsze. Nieważne, czym będzie ten dom.

Gdy zmarł Jan, spakowali wszystkie jego rzeczy do plastikowych worków i wyrzucili na śmietnik.
Gdy zmarł Johannes, rodzina spakowała jego rzeczy do kartonów i wysłała do Rumunii. To ma jeszcze sens.
Musimy uprzątnąć pokój Reindera i nie wiem jeszcze, co się stanie z jego rzeczami.

Boję się, że wywalą wszystkie moje rzeczy, gdy już umrę.
Tylko to mnie przeraża.

I chyba opuściła mnie trochę dobra passa...

Waiting - from the moment you realise you're gonna be dumped, until the moment you actually get dumped.