Miałam dzisiaj trudny dzień.
Znowu zalegam ze studiami. Znowu jestem okropnie w tyle.
I zamiast nadrabiać zaległości, obijam się. Lecę do Lizbony. I takie tam.
Przyleciała do mnie mama, ale jakoś nie klei nam się wspólne spędzanie czasu. W sumie to czekam już na jej wyjazd, co nastąpi w piątek. Czy to sprawia, że jestem kiepską córką? Tak.
Nie pasuję do mojej rodziny.
W związku z zaległościami na uczelni, wpadłam dzisiaj w zwątpienie i wróciły do mnie grudniowe lęki. Że nie zdam. Że się nie wyrobię. Że się nie nadaję. Że mnie wyrzucą.
Powiedziałam o tym P., bo akurat z nim w tamtym momencie pisałam. Okazał się bardzo wspierający. Ani przez chwilę nie miałam wrażenia, że mnie ocenia. Zaoferował, że przyjedzie do mnie jutro i będziemy się razem uczyć, ale jakoś dziwnie mi z tym pomysłem, więc odmówiłam.
Z kolei V. okazał się mało wspierający. Powiedział mi, że tak to jest, jeśli się obija, a potem ma się nadzieję, że wszystko samo się zrobi. Wiedział, że czuję się kiepsko przez tę całą sytuację ze studiami, ale mimo to jakoś nie przyszło mu do głowy, żeby mnie po prostu wesprzeć. Meh.
Kto jest lepszy? Facet, który wie, czego chce (V.), miły i szarmancki, przystojny, ale mało wspierający, czy może ten niezdecydowany, wycofany facet (P.), który zrobiłby wszystko, żeby okazać wsparcie i pomoc? Czy ja w ogóle chcę być szczęśliwa?
Trudne sprawy...
czwartek, 21 stycznia 2016
wtorek, 19 stycznia 2016
Me and my soon-to-be boyfriend
Po pierwszej randce nastąpiła druga.
W piątek nastąpi trzecia. U niego. Mam zostać na noc, bo w sobotę tak czy siak muszę być rano w Eindhoven, żeby złapać samolot do Lizbony. V. mieszka 5 minut od lotniska, więc zaoferował, że mnie odwiezie. Wieczorem mamy oglądać Minionki.
Ale to całe nocowanie u niego... Czy to mnie do czegoś zobowiązuje? Zawsze mam ten dylemat. Czy pójście z facetem do łóżka na trzeciej randce oznacza, że jest się slutty? Tak sobie tłumaczę, że jest się slutty, gdy się to robi notorycznie - umawia się z facetami tylko po to, żeby zaciągnąć ich do łóżka na trzeciej randce (albo na pierwszej lub drugiej). Ja tego nie robię. W sumie chodzę na randki średnio raz na pół roku, więc notoryczne zaciąganie kogoś do łóżka jest raczej mało możliwe.
Bo jeśli oboje czujemy, że nasza znajomość śmiało zmierza w stronę czegoś, co nazwać można związkiem, oboje czujemy tę niezwykle silną chemię, to dlaczego mielibyśmy na coś czekać?
PS Na horyzoncie pojawili się znienacka również P. (kolega z USA, którego próbowałam poderwać kilka miesięcy temu) oraz Q. (facet, którego nigdy w życiu nie widziałam na oczy, ale kiedyś do mnie pisał na Facebooku i teraz jakoś znowu zaczął). Oboje zainteresowani rozwijaniem naszych znajomości w jednym, konkretnym kierunku. Oboje wiedzą, że się z kimś spotykam, bo jestem jak zawsze transparentna. Czemu zawsze tak jest, że gdy już się z kimś spotykam i jestem niejako "zajęta" (bo nie uznaję randkowania z kilkoma facetami na raz), to nagle wszystkim się przypomina, że w sumie to jestem ładna, interesująca, miła i cudowna? Halo, gdzie byliście przez kilka ostatnich miesięcy, gdy byłam tak okropnie samotna? Huh..? Zapraszacie mnie teraz na kawę i do kina, ale ja już chwilowo nie szukam rycerza w lśniącej zbroi. Mam już jednego.
PS 2 Odkąd V. pojawił się w moim życiu, chyba ani przez chwilę nie pomyślałam o tym, że czuję się samotna. Nie czuję się też euforycznie, co zwykle było częścią zauroczenia i jednocześnie bardzo szybko gasło. To uczucie, które mam, to taka sobie radość - że ktoś jest i że chce być. I że ja chcę, żeby był. To mnie cieszy. : )
W piątek nastąpi trzecia. U niego. Mam zostać na noc, bo w sobotę tak czy siak muszę być rano w Eindhoven, żeby złapać samolot do Lizbony. V. mieszka 5 minut od lotniska, więc zaoferował, że mnie odwiezie. Wieczorem mamy oglądać Minionki.
Ale to całe nocowanie u niego... Czy to mnie do czegoś zobowiązuje? Zawsze mam ten dylemat. Czy pójście z facetem do łóżka na trzeciej randce oznacza, że jest się slutty? Tak sobie tłumaczę, że jest się slutty, gdy się to robi notorycznie - umawia się z facetami tylko po to, żeby zaciągnąć ich do łóżka na trzeciej randce (albo na pierwszej lub drugiej). Ja tego nie robię. W sumie chodzę na randki średnio raz na pół roku, więc notoryczne zaciąganie kogoś do łóżka jest raczej mało możliwe.
Bo jeśli oboje czujemy, że nasza znajomość śmiało zmierza w stronę czegoś, co nazwać można związkiem, oboje czujemy tę niezwykle silną chemię, to dlaczego mielibyśmy na coś czekać?
PS Na horyzoncie pojawili się znienacka również P. (kolega z USA, którego próbowałam poderwać kilka miesięcy temu) oraz Q. (facet, którego nigdy w życiu nie widziałam na oczy, ale kiedyś do mnie pisał na Facebooku i teraz jakoś znowu zaczął). Oboje zainteresowani rozwijaniem naszych znajomości w jednym, konkretnym kierunku. Oboje wiedzą, że się z kimś spotykam, bo jestem jak zawsze transparentna. Czemu zawsze tak jest, że gdy już się z kimś spotykam i jestem niejako "zajęta" (bo nie uznaję randkowania z kilkoma facetami na raz), to nagle wszystkim się przypomina, że w sumie to jestem ładna, interesująca, miła i cudowna? Halo, gdzie byliście przez kilka ostatnich miesięcy, gdy byłam tak okropnie samotna? Huh..? Zapraszacie mnie teraz na kawę i do kina, ale ja już chwilowo nie szukam rycerza w lśniącej zbroi. Mam już jednego.
PS 2 Odkąd V. pojawił się w moim życiu, chyba ani przez chwilę nie pomyślałam o tym, że czuję się samotna. Nie czuję się też euforycznie, co zwykle było częścią zauroczenia i jednocześnie bardzo szybko gasło. To uczucie, które mam, to taka sobie radość - że ktoś jest i że chce być. I że ja chcę, żeby był. To mnie cieszy. : )
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Jak pogrzebać czarne myśli?
Udało mi się wyjść w czwartek do kina, z nieznanym jegomościem z Tindera.
Tak, wiem. Poznawanie ludzi na Tinderze jest gorsze nawet niż randkowanie przez Sympatię.
Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy w ogóle będę w stanie wyjść z domu tamtego wieczoru. Czułam się okropnie. Każda komórka w moim mózgu mówiła mi "odwołaj to, zostań w domu. NIE JEDŹ!!!". Nie byłam w stanie jeść. Kilka razy czułam się tak źle, że szłam do toalety z myślą, że zaraz zwymiotuję. Trzęsły mi się ręce. Nie byłam w stanie na niczym się skupić przez cały dzień.
Czy wychodzenie z domu powinno być aż taką męką?
Na dwie godziny przed wyjściem postanowiłam wziąć ciepły prysznic i spróbować trochę się wyluzować. Gdy suszyłam włosy, mój lęk powoli zaczął zamieniać się w jakąś namiastkę radości. Gdy zeszłam na dół i wsiadłam do auta, poczułam ulgę.
Droga do Tilburga, mimo że bardzo krótka, trwała dla mnie wieczność. W radiu grali Racoon, ich utwór "Love you more". To też pomogło mi trochę wyciszyć lęki. Zaparkowałam na parkingu podziemnym, relatywnie blisko wejścia do kina. Ruszyłam w stronę schodów. Czułam, że cała drżę i w oddycham "na pół gwizdka" (to znaczy, że nie biorę pełnych wdechów i po jakimś czasie zaczyna mi brakować tlenu). Skoncentrowałam się więc na oddychaniu. Poczułam się lepiej.
Wolnym krokiem podeszłam pod wejście do kawiarni, pod którą mieliśmy się spotkać. Nikogo tam nie było, ale zegar wskazywał 18:50, więc miałam jeszcze trochę czasu. Zaczęłam spacerować bez celu dookoła dużego stojaka z plakatami. Nadal myślałam tylko o oddychaniu, po chwili zapomniałam gdzie się znajduję i zatopiłam się w myślach.
I wtedy go zobaczyłam.
On też mnie dostrzegł i szedł już w moją stronę. Miałam ochotę uciekać.
Mój towarzysz jest NAPRAWDĘ wysoki (195 cm przy moich 170 cm...), ma brązowe włosy i miłą twarz. Jest o niebo przystojniejszy, niż na tinderowych fotkach. Ma na imię Victor, ma 27 lat i jest programistą. Mieszka w Eindhoven, pochodzi z 's-Hertogenbosch, a pracuje w Nijmegen. Kilka lat temu został zdiagnozowany z PDD-NOS, co ułatwiło mu znacząco codzienne funkcjonowanie, umożliwiło uczęszczanie na treningi i terapię, pozwoliło mu lepiej zrozumieć siebie. Na pierwszy (czy nawet drugi lub trzeci) rzut oka, nigdy nie powiedziałabym, że ten facet jest ze spektrum autyzmu.
Podszedł do mnie, powiedział "hi" i tak po prostu mnie uścisnął. Nie pamiętam, co wtedy udało mi się wydukać w jego stronę. Czas jakby przestał istnieć na chwilę.
Poszliśmy do kawiarni, gdzie wypiliśmy kawę i pogadaliśmy chwilę. Po jakimś czasie przestałam myśleć o tym, że chcę uciec i przestałam się jąkać. Nadal czułam się nerwowo, ale widziałam, że on też jest zestresowany, co mi w pewien sposób pomogło.
W kinie było fajnie, chociaż widziałam "Star Wars: The Force Awakens" już drugi raz.
Po filmie siedzieliśmy jeszcze kilka godzin w samochodzie, gadając i śmiejąc się. Czułam się jak ja.
Zostałam pocałowana na pożegnanie. :D
Polubiłam go i wygląda na to, że on polubił mnie, bo cały czas ze sobą piszemy. Powiedziałam mu wcześniej o moich problemach w kontaktach z ludźmi, których nie znam i odczułam wyraźnie, że przez całe nasze spotkanie starał się mi to jakoś ułatwić. Nie pytał mnie, dlaczego trzęsą mi ręce i nie mogę wyartykułować zdania.
W środę mamy spotkać się po raz kolejny. To mnie jednocześnie cieszy i sprawia, że znowu czuję ten nieprzyjemny ucisk gdzieś w żołądku. Mam tylko nadzieję, że wyjście z domu nie będzie już taką męką.
Chowam czarne myśli gdzieś głęboko w sobie, nie pozwalam im wypełzać. Bo w końcu przecież musi być dobrze. Znajomość, która zaczęła się od tak ogromnego zwycięstwa nad lękiem, nie może przecież okazać się niczym negatywnym, prawda? Znajdę więc małe pudełeczko i upchnę w nie wszystkie moje czarne myśli. A potem zakopię to pudełeczko gdzieś głęboko, najlepiej tak głęboko i dokładnie, żeby go już nigdy nie odnaleźć.
Tak, wiem. Poznawanie ludzi na Tinderze jest gorsze nawet niż randkowanie przez Sympatię.
Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy w ogóle będę w stanie wyjść z domu tamtego wieczoru. Czułam się okropnie. Każda komórka w moim mózgu mówiła mi "odwołaj to, zostań w domu. NIE JEDŹ!!!". Nie byłam w stanie jeść. Kilka razy czułam się tak źle, że szłam do toalety z myślą, że zaraz zwymiotuję. Trzęsły mi się ręce. Nie byłam w stanie na niczym się skupić przez cały dzień.
Czy wychodzenie z domu powinno być aż taką męką?
Na dwie godziny przed wyjściem postanowiłam wziąć ciepły prysznic i spróbować trochę się wyluzować. Gdy suszyłam włosy, mój lęk powoli zaczął zamieniać się w jakąś namiastkę radości. Gdy zeszłam na dół i wsiadłam do auta, poczułam ulgę.
Droga do Tilburga, mimo że bardzo krótka, trwała dla mnie wieczność. W radiu grali Racoon, ich utwór "Love you more". To też pomogło mi trochę wyciszyć lęki. Zaparkowałam na parkingu podziemnym, relatywnie blisko wejścia do kina. Ruszyłam w stronę schodów. Czułam, że cała drżę i w oddycham "na pół gwizdka" (to znaczy, że nie biorę pełnych wdechów i po jakimś czasie zaczyna mi brakować tlenu). Skoncentrowałam się więc na oddychaniu. Poczułam się lepiej.
Wolnym krokiem podeszłam pod wejście do kawiarni, pod którą mieliśmy się spotkać. Nikogo tam nie było, ale zegar wskazywał 18:50, więc miałam jeszcze trochę czasu. Zaczęłam spacerować bez celu dookoła dużego stojaka z plakatami. Nadal myślałam tylko o oddychaniu, po chwili zapomniałam gdzie się znajduję i zatopiłam się w myślach.
I wtedy go zobaczyłam.
On też mnie dostrzegł i szedł już w moją stronę. Miałam ochotę uciekać.
Mój towarzysz jest NAPRAWDĘ wysoki (195 cm przy moich 170 cm...), ma brązowe włosy i miłą twarz. Jest o niebo przystojniejszy, niż na tinderowych fotkach. Ma na imię Victor, ma 27 lat i jest programistą. Mieszka w Eindhoven, pochodzi z 's-Hertogenbosch, a pracuje w Nijmegen. Kilka lat temu został zdiagnozowany z PDD-NOS, co ułatwiło mu znacząco codzienne funkcjonowanie, umożliwiło uczęszczanie na treningi i terapię, pozwoliło mu lepiej zrozumieć siebie. Na pierwszy (czy nawet drugi lub trzeci) rzut oka, nigdy nie powiedziałabym, że ten facet jest ze spektrum autyzmu.
Podszedł do mnie, powiedział "hi" i tak po prostu mnie uścisnął. Nie pamiętam, co wtedy udało mi się wydukać w jego stronę. Czas jakby przestał istnieć na chwilę.
Poszliśmy do kawiarni, gdzie wypiliśmy kawę i pogadaliśmy chwilę. Po jakimś czasie przestałam myśleć o tym, że chcę uciec i przestałam się jąkać. Nadal czułam się nerwowo, ale widziałam, że on też jest zestresowany, co mi w pewien sposób pomogło.
W kinie było fajnie, chociaż widziałam "Star Wars: The Force Awakens" już drugi raz.
Po filmie siedzieliśmy jeszcze kilka godzin w samochodzie, gadając i śmiejąc się. Czułam się jak ja.
Zostałam pocałowana na pożegnanie. :D
Polubiłam go i wygląda na to, że on polubił mnie, bo cały czas ze sobą piszemy. Powiedziałam mu wcześniej o moich problemach w kontaktach z ludźmi, których nie znam i odczułam wyraźnie, że przez całe nasze spotkanie starał się mi to jakoś ułatwić. Nie pytał mnie, dlaczego trzęsą mi ręce i nie mogę wyartykułować zdania.
W środę mamy spotkać się po raz kolejny. To mnie jednocześnie cieszy i sprawia, że znowu czuję ten nieprzyjemny ucisk gdzieś w żołądku. Mam tylko nadzieję, że wyjście z domu nie będzie już taką męką.
Chowam czarne myśli gdzieś głęboko w sobie, nie pozwalam im wypełzać. Bo w końcu przecież musi być dobrze. Znajomość, która zaczęła się od tak ogromnego zwycięstwa nad lękiem, nie może przecież okazać się niczym negatywnym, prawda? Znajdę więc małe pudełeczko i upchnę w nie wszystkie moje czarne myśli. A potem zakopię to pudełeczko gdzieś głęboko, najlepiej tak głęboko i dokładnie, żeby go już nigdy nie odnaleźć.
środa, 6 stycznia 2016
Wyjścia
Odwołuję wszystko, co tylko da się odwołać.
Wyjście na lodowisko - odwołane.
Wyjście na kawę - odwołane.
Wyjście na kręgle - do odwołania.
Wyjście gdziekolwiek - niemożliwe, nieosiągalne.
Ludzie przychodzą, ale ja nie wychodzę. Ludzie próbują, a potem się zniechęcają.
Ludzie odchodzą, znikają i "uporczywie ich nie ma".
Jak mogę kogoś poznać, jeśli nigdzie nie wychodzę?
Na samą myśl o wyjściu gdziekolwiek, o spotkaniu kogokolwiek, wnętrzności wywracają mi się do góry nogami i chce mi się wymiotować. Dosłownie. To takie uczucie, jakby ktoś wlał mi do żołądka kubeł lodowatej wody. Nie mogę jeść, nie mogę oddychać, nie mogę nawet myśleć.
Gdy planuję jakieś wyjście, czuję autentyczną ekscytację, radość. Wierzę, że tym razem się uda. Naprawdę w to wierzę! A potem wyłazi cały ten chłód, zalewa mnie od środka i mam ochotę schować się w szafie i już z niej nie wyjść. Przeczekać najgorsze, a potem wleźć pod kołdrę, przykryć się nią po same uszy, wtulić się w siebie i przestać na chwilę istnieć.
Kilka dni temu moja rodzina goszcząca miała gości. Małżeństwo z dwojgiem dzieci.
To była sobota, teoretycznie mam wolne, więc mogę robić to, na co mam ochotę. Ale przyzwoitość nakazuje chociaż taki mały gest, jak zejście na dół, przywitanie się, przedstawienie. Jakąś pogawędkę. Nikt w końcu nie zmusza mnie do siedzenia tam z nimi cały dzień. Dlaczego więc nie byłam w stanie wykonać nawet tego malutkiego gestu? Czemu tak się bałam? Czemu udawałam, że nie istnieję? Czemu strach zabił we mnie inne potrzeby - chociażby głód? Nie zeszłam na śniadanie, bałam się zejść na lunch. Gdy już upewniłam się, że gości na 100% nie ma, zeszłam na kolację. Moja rodzina goszcząca nie zadawała żadnych pytań i jestem im za to wdzięczna, ale pewnie myślą, że mam nierówno pod sufitem. W sumie też tak uważam.
Obecność dzieci mnie uspokaja, jakoś odzyskuję przy nich kontrolę nad swoim życiem. Chyba tylko przy nich mogę być sobą i wiem, że mnie za to nie ocenią, nie potępią, nie spróbują mnie zmienić w kogoś, kim nie jestem.
Obiecuję sobie, że nie odwołam jutrzejszego wyjścia do kina. Naprawdę w to wierzę.
Trzymajcie kciuki, będą mi jutro potrzebne.
PS Wszystkiego najlepszego, AJ. Niech moc będzie z Tobą. : )
Wyjście na lodowisko - odwołane.
Wyjście na kawę - odwołane.
Wyjście na kręgle - do odwołania.
Wyjście gdziekolwiek - niemożliwe, nieosiągalne.
Ludzie przychodzą, ale ja nie wychodzę. Ludzie próbują, a potem się zniechęcają.
Ludzie odchodzą, znikają i "uporczywie ich nie ma".
Jak mogę kogoś poznać, jeśli nigdzie nie wychodzę?
Na samą myśl o wyjściu gdziekolwiek, o spotkaniu kogokolwiek, wnętrzności wywracają mi się do góry nogami i chce mi się wymiotować. Dosłownie. To takie uczucie, jakby ktoś wlał mi do żołądka kubeł lodowatej wody. Nie mogę jeść, nie mogę oddychać, nie mogę nawet myśleć.
Gdy planuję jakieś wyjście, czuję autentyczną ekscytację, radość. Wierzę, że tym razem się uda. Naprawdę w to wierzę! A potem wyłazi cały ten chłód, zalewa mnie od środka i mam ochotę schować się w szafie i już z niej nie wyjść. Przeczekać najgorsze, a potem wleźć pod kołdrę, przykryć się nią po same uszy, wtulić się w siebie i przestać na chwilę istnieć.
Kilka dni temu moja rodzina goszcząca miała gości. Małżeństwo z dwojgiem dzieci.
To była sobota, teoretycznie mam wolne, więc mogę robić to, na co mam ochotę. Ale przyzwoitość nakazuje chociaż taki mały gest, jak zejście na dół, przywitanie się, przedstawienie. Jakąś pogawędkę. Nikt w końcu nie zmusza mnie do siedzenia tam z nimi cały dzień. Dlaczego więc nie byłam w stanie wykonać nawet tego malutkiego gestu? Czemu tak się bałam? Czemu udawałam, że nie istnieję? Czemu strach zabił we mnie inne potrzeby - chociażby głód? Nie zeszłam na śniadanie, bałam się zejść na lunch. Gdy już upewniłam się, że gości na 100% nie ma, zeszłam na kolację. Moja rodzina goszcząca nie zadawała żadnych pytań i jestem im za to wdzięczna, ale pewnie myślą, że mam nierówno pod sufitem. W sumie też tak uważam.
Obecność dzieci mnie uspokaja, jakoś odzyskuję przy nich kontrolę nad swoim życiem. Chyba tylko przy nich mogę być sobą i wiem, że mnie za to nie ocenią, nie potępią, nie spróbują mnie zmienić w kogoś, kim nie jestem.
Obiecuję sobie, że nie odwołam jutrzejszego wyjścia do kina. Naprawdę w to wierzę.
Trzymajcie kciuki, będą mi jutro potrzebne.
PS Wszystkiego najlepszego, AJ. Niech moc będzie z Tobą. : )
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)