Yup, zbliżają się święta. Coś się komuś gdzieś tam pomyliło i sypnęło śniegiem. No tak, przecież w Lany Poniedziałek można się rzucać śnieżkami, tak dla odmiany. Albo polewać wodą z lodem. W sumie i jedno, i drugie to woda, nikt nie mówił w jakim ma być stanie skupienia. Gdy byliśmy mali, zawsze targowaliśmy się z moim bratem w przeddzień Lanego Poniedziałku - kto pierwszy wstanie i poleje domowników. To było takie małe, niewinne lanie - ot kilka kropel palcami ze szklanki. To targowanie często kończyło się bójką i gryzieniem, szczypaniem, szarpaniem za włosy. A i tak zawsze pierwszy wstawał tato i lał wszystkich, ale to nieważne.
Wracałam dzisiaj z Przychodni, było dość ciepło (jakieś 3 stopnie na plusie, wg Mojego Wewnętrznego Termometru). Śnieg topniał, chodniki płynęły. Owinęłam się szalikiem, założyłam czapkę i szłam przed siebie, patrząc na mokre płyty chodnika. Z Przychodni zostałam odesłana z kwitkiem. Kaszlę krwią, ale lekarz powiedział, że mnie nie przyjmie, bo ma już komplet "pacjentów". Celowo w cudzysłowie, bo to nie byli jacyś prawdziwi pacjenci - chorzy i kasłający, ale banda uśmiechniętych staruszków, którzy przyszli wypisać sobie leki. I każdy taki staruszek wchodzi do gabinetu na 15-20 minut, słychać śmiechy, jakieś pogawędki z lekarzem i głupawe teksty. A ja w tym czasie mogę się zakaszleć i zapluć krwią na śmierć. Moje niewinne zapalenie krtani chyba przeszło w zapalenie oskrzeli. Nienawidzę być chora.
Ale powiedziałam sobie, że mam to gdzieś. Nie będę się przejmować, już dość mam przejmowania się, leżenia w łóżku, kupowania masy witamin i tabletek, ssania Sebidinu, już dość, dość, DOŚĆ. W środę wieczorem spakuję moje manatki, ale tylko te najpotrzebniejsze - laptopa, słuchawki i coś do picia. W czwartek o godzinie 5:00 rano wsiądę w pociąg, który zawiezie mnie do Wrocławia. W południe będę już na miejscu. Około 13:00 będę już w domu, przytulę mamę i wreszcie odpocznę. I wyzdrowieję!
A gdy wrócę, nie będzie to tylko powrót do Trójmiasta. Nie będzie to tylko powrót do zdrowia. To będzie powrót do żywych. Bo chyba dostałam lekcję i wreszcie coś z niej wyciągnęłam. Biorę to za dobrą monetę.
Byle do środy... (:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz