Czasami myślę sobie, że chciałabym się z mojego życia obudzić. Otworzyć oczy i pojąć, że to był tylko sen. Odetchnąć z ulgą. Ale nie wstawać - zamknąć oczy z powrotem i zasnąć, śnić o czymś innym. Czuję się jak pudełko zapałek, z których ktoś zdrapał siarkę.
Niby jestem, niby oddycham, niby wstaję co rano, idę do pracy albo na zajęcia. Niby.
Jadę jutro na pięć dni do domu. Mama wyjechała do Niemiec do pracy. Pisała mi dzisiaj, że jest ciężko, że jest zmęczona. Boli mnie to, że ona musi tam tyrać, bo w ten cholernej Polsce nie ma nic. I w imię czego? Chciałabym móc jej pomóc, żeby nie musiała tak się męczyć. Chciałabym... W zasadzie nie wiem, po co ja tam w ogóle jadę. To przez te darmowe bilety i trochę z obowiązku, "bo czasem trzeba". Bełkot...
Z M. źle. Nie lubię być stawiana przed ostatecznościami. Najpierw ponadroczne przyzwyczajanie się do czyjejś nieobecności, później przyzwyczajanie się do obecności kogoś innego i teraz znów do nieobecności. Do pustki, której miało już przecież nie być.
Wypożyczyłam sobie dwa tomiki opowiadań Kofty, będę miała co robić jutro w autokarze.
Nie chce mi się już nic więcej pisać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz