piątek, 24 kwietnia 2015

Samotność

Zauważyłam ostatnio, że jestem bardzo samotna.
Nie pamiętam już, kiedy z kimś porozmawiałam, ale tak naprawdę. Nie odzywam się do mojej mamy, nie piszę do brata. Do ludzi, których lubię też jakoś nie piszę. Do nikogo nie dzwonię i nikt nie dzwoni do mnie. Od dawna, dawna, dawna. Nie wchodzę za bardzo na czat, nawet o tym nie myślę. Jedna współlokatorka, z którą znalazłam nić porozumienia, znalazła sobie faceta i ten nowy związek pochłania 100% jej uwagi.
Idę ulicą, patrzę na ludzi. Nikt mnie nie widzi. Kiedy stałam się tak dobitnie niewidzialna? Myślę, że zawsze już będę sama, że ta samotność i to uczucie nigdy nie minie. I nikt nie zwróci na mnie uwagi, bo każdy widzi, jaka zjebana jestem.
Nigdy nikogo nie pokocham, nigdy nikt nie pokocha mnie, bo jestem bezwartościowa, brzydka, nieciekawa, nietowarzyska, niewidzialna.
Chciałabym, tak bardzo chciałabym się nigdy nie urodzić.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Światełko

Pojawiło się jakieś takie maleńkie światełeczko w tunelu.

Byłam dzisiaj na au-pair interview. Nie wiem, jak to powiedzieć po polsku. Rozmowa o pracę? Ale to nie praca. Pociesza mnie fakt, że i tak nikt przygłupi tego nie przeczyta, a ci, co przeczytają, zrozumieją na pewno.

W każdym razie rodzina, którą odwiedziłam (nazwijmy ją rodziną "A"), mieszka jakieś 20 km od Lunteren, w małym mieście zwanym Amersfoort. Nawiasem mówiąc, bardzo lubię to miasto. Jest ładne i spokojne.
Rodzina "A" składa się z czterech osób: rodziców i dwóch dziewczynek w wieku 8 i 10 lat. Są to bardzo fajni ludzie, zrobili na mnie pozytywne wrażenie. Ja na nich chyba też, bo rozmowa była bardzo przyjemna, a na koniec powiedzieli mi, że zostajemy w kontakcie. Powiedziałam im lojalnie, że za tydzień mam jeszcze jedno spotkanie z inną rodziną (nazwijmy ją rodziną "B"). Odpowiedzieli, że powinnam wybrać to, co dla mnie najlepsze i że nie będą mnie namawiać, itp. Wzięli ode mnie numer telefonu i adres e-mail. Czekają na moją decyzję.

Szczerze mówiąc, nie wiem, co mam teraz robić. Rodzina "B", do której mam jechać w niedzielę (za tydzień) też wydaje się bardzo fajna, ale mają aż czwórkę dzieci. Z drugiej strony oferują kurs językowy na uniwersytecie, a to oznacza dobry jego poziom. Ale czwórka dzieci... Czy ja mam siły na takie przedsięwzięcie? Mam, ale czy mi się chce? Nie wiem, nie wiem. Myślałam, że to będzie łatwiejsze.

W każdym razie ta rozmowa przypomniała mi, że jestem wartościową osobą i że zawsze dobrze sobie radzę w rozmowach tego typu. Robię dobre wrażenie na ludziach, którzy chcą mnie zatrudnić. Zaczynam sobie układać w głowie wizję przyszłego roku: zostanę w kraju, który tak bardzo polubiłam. Prawdopodobnie z ludźmi, których też polubię, a oni będą lubić mnie. Nieważne, czy wybiorę rodzinę "A" czy rodzinę "B", czy może "X", "K" lub "P", to będzie kolejna przygoda, kolejny rok spędzony na czymś kreatywnym.

Wracając ze stacji do domu spotkałam Ogromnego Futrzastego Rudzielca (Huge Ginger Fluff). Wygłasiałam, a on się wyłasił i wymiauczał za wszystkie czasy. Chciał iść ze mną do domu, ale powiedziałam mu po niderlandzku, że musi zostać. Holenderskie koty nie rozumieją polskiego. Angielskiego też nie.

Wracam jutro na meetingi DDA. Powiedziałam lękowi społecznemu, że musi się na chwilę gdzieś schować i dać mi wrócić do tego, co sprawia mi przyjemność. Oby posłuchał.

Czas spać.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Zagubiona autostrada

Jedziemy autostradą, w sumie nie wiem nawet dokąd. Ty, obok ciebie mama, a na tylnym siedzeniu ja. Jest ciepło, więc to musi być lato. Na drzewach liście, delikatnie poruszane przez ciepły wiatr.

Zjeżdżasz na pas awaryjny. Mówisz, że jesteś już bardzo zmęczony i musisz się trochę zdrzemnąć. "Teraz ja mogę trochę poprowadzić", przebiega mi przez głowę, "niech tato trochę odpocznie". Mimo to, milczę. Mama mówi, że nie możesz się tutaj zatrzymywać i tak stać bez powodu, ale odpowiadasz jej, że to w porządku. Mama pyta, czy dobrze się czujesz, "tak", odpowiadasz.

Czuję ból. Zrywam się nagle, jak oparzona, nachylam się do ciebie z tylnego siedzenia. Oplatam ramionami twoją szyję. Czuję twoje ciepło, twój zapach. Słyszę własne słowa: "Tato, chciałabym, żebyś wiedział, że bardzo cię kocham. Proszę cię, nie umieraj kolejny raz". Odpowiadasz, że nie możesz już dłużej zostać, że twój paszport był ważny tylko przez cztery lata. Masz przy tym takie bezradne oczy. Patrzę w nie, mrugam, milczę, udaję, że nie usłyszałam, albo że nie do końca rozumiem. Obraz rozpływa się.

Budzi mnie przeraźliwy świergot ptactwa za oknem. Jest prawie szósta rano, już świta.

Dociera do mnie, że przecież nigdy tu nie byłeś, a mimo to czuję tu teraz twoją nieobecność.

Jest wtorek, 7. kwietnia 2015. Półtora miesiąca, odkąd cię z nami nie ma.