poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Światełko

Pojawiło się jakieś takie maleńkie światełeczko w tunelu.

Byłam dzisiaj na au-pair interview. Nie wiem, jak to powiedzieć po polsku. Rozmowa o pracę? Ale to nie praca. Pociesza mnie fakt, że i tak nikt przygłupi tego nie przeczyta, a ci, co przeczytają, zrozumieją na pewno.

W każdym razie rodzina, którą odwiedziłam (nazwijmy ją rodziną "A"), mieszka jakieś 20 km od Lunteren, w małym mieście zwanym Amersfoort. Nawiasem mówiąc, bardzo lubię to miasto. Jest ładne i spokojne.
Rodzina "A" składa się z czterech osób: rodziców i dwóch dziewczynek w wieku 8 i 10 lat. Są to bardzo fajni ludzie, zrobili na mnie pozytywne wrażenie. Ja na nich chyba też, bo rozmowa była bardzo przyjemna, a na koniec powiedzieli mi, że zostajemy w kontakcie. Powiedziałam im lojalnie, że za tydzień mam jeszcze jedno spotkanie z inną rodziną (nazwijmy ją rodziną "B"). Odpowiedzieli, że powinnam wybrać to, co dla mnie najlepsze i że nie będą mnie namawiać, itp. Wzięli ode mnie numer telefonu i adres e-mail. Czekają na moją decyzję.

Szczerze mówiąc, nie wiem, co mam teraz robić. Rodzina "B", do której mam jechać w niedzielę (za tydzień) też wydaje się bardzo fajna, ale mają aż czwórkę dzieci. Z drugiej strony oferują kurs językowy na uniwersytecie, a to oznacza dobry jego poziom. Ale czwórka dzieci... Czy ja mam siły na takie przedsięwzięcie? Mam, ale czy mi się chce? Nie wiem, nie wiem. Myślałam, że to będzie łatwiejsze.

W każdym razie ta rozmowa przypomniała mi, że jestem wartościową osobą i że zawsze dobrze sobie radzę w rozmowach tego typu. Robię dobre wrażenie na ludziach, którzy chcą mnie zatrudnić. Zaczynam sobie układać w głowie wizję przyszłego roku: zostanę w kraju, który tak bardzo polubiłam. Prawdopodobnie z ludźmi, których też polubię, a oni będą lubić mnie. Nieważne, czy wybiorę rodzinę "A" czy rodzinę "B", czy może "X", "K" lub "P", to będzie kolejna przygoda, kolejny rok spędzony na czymś kreatywnym.

Wracając ze stacji do domu spotkałam Ogromnego Futrzastego Rudzielca (Huge Ginger Fluff). Wygłasiałam, a on się wyłasił i wymiauczał za wszystkie czasy. Chciał iść ze mną do domu, ale powiedziałam mu po niderlandzku, że musi zostać. Holenderskie koty nie rozumieją polskiego. Angielskiego też nie.

Wracam jutro na meetingi DDA. Powiedziałam lękowi społecznemu, że musi się na chwilę gdzieś schować i dać mi wrócić do tego, co sprawia mi przyjemność. Oby posłuchał.

Czas spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz