poniedziałek, 30 listopada 2015

Motywacjo...?

Moje plany są przesuwane przez niechęć do działania, motywacji jak nie było tak nie ma.

Czuję, że jestem okropnie w tyle ze studiami, niby mam czas na ogarnianie wszystkich zadań i terminów, ale na samą myśl o tym wnętrzności wywracają mi się "do góry nogami" i opadam z sił.

Niby prawie wszystko jest do 20. grudnia.
Teoretycznie mam jeszcze dni dwadzieścia. Dwa-zero, dwa-dzieścia, dwie dziesiątki dni, to oznacza 480 godzin, z czego połowę pewnie prześpię, 1/4 przepracuję, 1/8 spędzę na oglądaniu seriali, a 1/8 na graniu w RPG. Ale... zaraz zaraz. Kiedy ogarnę platformę? :(

Obiecuję sobie, że w przyszłym semestrze nie zostawię wszystkiego na tak drastycznie ostatnią chwilę. A póki co muszę wziąć się w garść, bo inaczej wywalą mnie na zbity pysk i nigdy nie będę polską panią "magyster", mgr (magazynier).

To są proste rzeczy, jakaś tam psychologia, jakaś tam filozofia, jakaś tam etyka. Poczytać teksty źródłowe, które są podane na złotej tacy, nie trzeba nawet pełznąć do biblioteki czy szukać w necie, potem trochę pomyśleć, zrobić notatki, przepisać je do Worda owijając je sprawnie w lanie wody, które psorkowie tak dobrze kupują, dodać parę zdań od siebie, prosto z "serca" (ewentualnie z DUPY) i trzy pytania retoryczne i TYLE, koniec. Zrobione.

Motywacjo, odnajdź się, proszę.

sobota, 21 listopada 2015

Mateusz

Mam takie wspomnienie z dzieciństwa. Miałam wtedy siedem lat. Chodziłam do pierwszej klasy podstawówki. W drugiej klasie był chłopiec - miał na imię Mateusz. Był mojego wzrostu, miał niebieskie oczy i brązowe włosy, ścięte "na grzybka". (Pamiętam, że bardzo mi się te jego włosy podobały i męczyłam mamę, żeby też mnie tak ścięła, ale mama nie chciała, bo przecież dziewczynki noszą długie włosy, a nie takie krótkie.)

W każdym razie mieliśmy z Mateuszem pewną specjalną relację.
Codziennie na długiej przerwie jak najszybciej konsumowaliśmy drugie śniadanie, a potem szliśmy razem za budynek szkoły. Rosły tam irysy. Cała masa irysów. Rozmawialiśmy o kwiatach. Wąchaliśmy je razem. Nie pamiętam, co jeszcze razem robiliśmy, ale pamiętam bardzo wyraźnie te kwiaty. I pamiętam, że bardzo go lubiłam, a on lubił mnie. Pamiętam go jako chłopca bardzo wrażliwego, uczuciowego. Będąc przy nim nie musiałam ukrywać swojej wrażliwej strony. Wtedy uważałam to za moją słabość - przy nim to było tak bardzo w porządku.

Kilka miesięcy później Mateusz wyjechał razem ze swoją rodziną dokądś i już nigdy więcej go nie spotkałam.

Dzisiaj, przez przypadek wpadłam na jego profil na Facebooku.
Jest teraz dorosłym człowiekiem, ma 24 lata. Jest szalenie przystojny. Jeden z najprzystojniejszych facetów, jakich kiedykolwiek spotkałam. Nadal ma niebieskie oczy i brązowe włosy, ale już nie ma tej super-fajnej fryzury. Na jednym ze zdjęć ma nieco dłuższe włosy i to spojrzenie, zupełnie jak wtedy, 16 lat temu, gdy wąchaliśmy razem kwiaty. Opisy zdjęć wskazują, że nadal zostało w nim trochę tej wrażliwej duszy.

Po takim czasie - czy on mnie jeszcze pamięta? Czy też ma w głowie wspomnienie drobnej dziewczynki z dwoma kucykami i brązowymi oczami?
Po takim czasie - czy mam prawo wysłać mu zaproszenie do grona znajomych?
Po takim czasie - czy nie wyjdę na idiotkę pisząc "hej, pamiętasz jak razem wąchaliśmy irysy za szkołą?"

Wreszcie - czy to ciepłe, miłe wspomnienie nie jest tylko urojeniem samotnego dziecka?

Wysłałam zaproszenie. Nic do stracenia.

niedziela, 1 listopada 2015

Złe życie i brak psychoterapeuty

Jestem świeżo po lekturze książki "Uratuj mnie. Opowieść o złym życiu I dobrym psychoterapeucie" autorstwa Rachel Reiland.

Autorka, a zarazem bohaterka książki jest matką dwojga dzieci, żoną, księgową. Ma dobrą pracę i poukładane życie osobiste, ale pewnego dnia coś zaczyna się zmieniać - kobieta popada w nerwowość i czarną rozpacz. Trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie wszystko zaczyna toczyć się bardzo szybko. Po paru miesiącach otrzymuje diagnozę - borderline personality disorder, czyli pograniczne zaburzenie osobowości. Rokowania są słabe. Szanse na wyzdrowienie - znikome. Mimo to Rachel trafia na świetnego terapeutę, któremu na niej zależy.

Zaczyna się żmudny proces leczenia, podróż, podczas której kobieta dowiaduje się o sobie rzeczy, z których nigdy nie zdawała sobie sprawy. O faktach, które przez te wszystkie lata zepchnęła na dno swojej podświadomości. Jest to podróż pełna bólu i paraliżującego lęku. Rachel wraca do uczuć i wspomnień z wieku dziecięcego, lat nastoletnich, aż do wczesnej dorosłości. Raz jeszcze analizuje każdy swój ruch sprzed wielu lat. Pomaga jej w tym psychiatra, dr Padgett. Bohaterka otrzymuje od niego wsparcie, bezgraniczną akceptację i bezwarunkową miłość. To wszystko sprawia, że pomimo ogromnego cierpienia, widzi ona sens w dalszym prowadzeniu terapii.

Ta książka, będąca zapisem autentycznej terapii, daje nadzieję dla ludzi takich, jak ja. Jestem trochę jak Rachel. Momentami nieobliczalna, manipulująca, lekkomyślna. Czy to równia pochyła? Czy kiedyś stanie się coś, co sprawi, że również trafię do psychiatryka i usłyszę na swój temat jakąś paraliżującą diagnozę? Czy nie ma dla mnie życia? Boję się, okropnie się boję.

Jestem od paru dni w domu. Jest źle. Ciągłe kłótnie pomiędzy mamą i bratem mnie też dają w kość. Włączam się w nie, bronię mamy, co wkurza brata i nagle jestem w samym centrum sporu. Brat nie radzi sobie z życiem. Nadużywa alkoholu, dąży do autodestrukcji. Martwię się o niego, ale nie wiem, co mogę zrobić.

Mam ochotę umrzeć i przestać być częścią tego całego zamieszania, ale wiem, że nawet tego nie jestem w stanie zrobić. I nie zrobię.
Chciałabym całkowicie zwariować, przestać być sobą. Zostać zamknięta w jakimś zakładzie. Siedzieć całymi dniami w pokoju, otumaniona lekami. Patrzeć niewidzącym wzrokiem w ścianę. Chciałabym nie czuć.

Potrzebuję pomocy, tu i teraz.

Znajdź mnie dzisiaj. Tak, jak cztery lata temu.
Proszę, znajdź mnie. Uratuj!