Udało mi się wyjść w czwartek do kina, z nieznanym jegomościem z Tindera.
Tak, wiem. Poznawanie ludzi na Tinderze jest gorsze nawet niż randkowanie przez Sympatię.
Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy w ogóle będę w stanie wyjść z domu tamtego wieczoru. Czułam się okropnie. Każda komórka w moim mózgu mówiła mi "odwołaj to, zostań w domu. NIE JEDŹ!!!". Nie byłam w stanie jeść. Kilka razy czułam się tak źle, że szłam do toalety z myślą, że zaraz zwymiotuję. Trzęsły mi się ręce. Nie byłam w stanie na niczym się skupić przez cały dzień.
Czy wychodzenie z domu powinno być aż taką męką?
Na dwie godziny przed wyjściem postanowiłam wziąć ciepły prysznic i spróbować trochę się wyluzować. Gdy suszyłam włosy, mój lęk powoli zaczął zamieniać się w jakąś namiastkę radości. Gdy zeszłam na dół i wsiadłam do auta, poczułam ulgę.
Droga do Tilburga, mimo że bardzo krótka, trwała dla mnie wieczność. W radiu grali Racoon, ich utwór "Love you more". To też pomogło mi trochę wyciszyć lęki. Zaparkowałam na parkingu podziemnym, relatywnie blisko wejścia do kina. Ruszyłam w stronę schodów. Czułam, że cała drżę i w oddycham "na pół gwizdka" (to znaczy, że nie biorę pełnych wdechów i po jakimś czasie zaczyna mi brakować tlenu). Skoncentrowałam się więc na oddychaniu. Poczułam się lepiej.
Wolnym krokiem podeszłam pod wejście do kawiarni, pod którą mieliśmy się spotkać. Nikogo tam nie było, ale zegar wskazywał 18:50, więc miałam jeszcze trochę czasu. Zaczęłam spacerować bez celu dookoła dużego stojaka z plakatami. Nadal myślałam tylko o oddychaniu, po chwili zapomniałam gdzie się znajduję i zatopiłam się w myślach.
I wtedy go zobaczyłam.
On też mnie dostrzegł i szedł już w moją stronę. Miałam ochotę uciekać.
Mój towarzysz jest NAPRAWDĘ wysoki (195 cm przy moich 170 cm...), ma brązowe włosy i miłą twarz. Jest o niebo przystojniejszy, niż na tinderowych fotkach. Ma na imię Victor, ma 27 lat i jest programistą. Mieszka w Eindhoven, pochodzi z 's-Hertogenbosch, a pracuje w Nijmegen. Kilka lat temu został zdiagnozowany z PDD-NOS, co ułatwiło mu znacząco codzienne funkcjonowanie, umożliwiło uczęszczanie na treningi i terapię, pozwoliło mu lepiej zrozumieć siebie. Na pierwszy (czy nawet drugi lub trzeci) rzut oka, nigdy nie powiedziałabym, że ten facet jest ze spektrum autyzmu.
Podszedł do mnie, powiedział "hi" i tak po prostu mnie uścisnął. Nie pamiętam, co wtedy udało mi się wydukać w jego stronę. Czas jakby przestał istnieć na chwilę.
Poszliśmy do kawiarni, gdzie wypiliśmy kawę i pogadaliśmy chwilę. Po jakimś czasie przestałam myśleć o tym, że chcę uciec i przestałam się jąkać. Nadal czułam się nerwowo, ale widziałam, że on też jest zestresowany, co mi w pewien sposób pomogło.
W kinie było fajnie, chociaż widziałam "Star Wars: The Force Awakens" już drugi raz.
Po filmie siedzieliśmy jeszcze kilka godzin w samochodzie, gadając i śmiejąc się. Czułam się jak ja.
Zostałam pocałowana na pożegnanie. :D
Polubiłam go i wygląda na to, że on polubił mnie, bo cały czas ze sobą piszemy. Powiedziałam mu wcześniej o moich problemach w kontaktach z ludźmi, których nie znam i odczułam wyraźnie, że przez całe nasze spotkanie starał się mi to jakoś ułatwić. Nie pytał mnie, dlaczego trzęsą mi ręce i nie mogę wyartykułować zdania.
W środę mamy spotkać się po raz kolejny. To mnie jednocześnie cieszy i sprawia, że znowu czuję ten nieprzyjemny ucisk gdzieś w żołądku. Mam tylko nadzieję, że wyjście z domu nie będzie już taką męką.
Chowam czarne myśli gdzieś głęboko w sobie, nie pozwalam im wypełzać. Bo w końcu przecież musi być dobrze. Znajomość, która zaczęła się od tak ogromnego zwycięstwa nad lękiem, nie może przecież okazać się niczym negatywnym, prawda? Znajdę więc małe pudełeczko i upchnę w nie wszystkie moje czarne myśli. A potem zakopię to pudełeczko gdzieś głęboko, najlepiej tak głęboko i dokładnie, żeby go już nigdy nie odnaleźć.
Nie wizualizuj sobie zakopanych ucieleśnień zła, bo zaczniesz wyobrażać sobie promieniowanie z nich, powolne ponowne wyrastanie, wypuszczanie nowych pędów, dążenie do zjawienia się na nowo mimo wszystko, sączące się zatrucie, some life and motion still lingering within and writhing, despite your decision, locked up, impossible to forget, I don't know.
OdpowiedzUsuń>'s-Hertogenbosch
The only place name I've seen awesomer than that is Saint-Louis-du-Ha! Ha!, no contest.
Hahaha. Chyba nie mam aż tak dobrej wyobraźni... : )
UsuńAle racja. Schowałam to pudełeczko pełne czarnych myśli na strychu, tuż obok pudełeczka pełnego złych wspomnień i lęku. Może mi się jeszcze kiedyś przydadzą. ^^
PS Holendrzy też nie przepadają za pełną nazwą tego miasta i zwykle stosują alternatywną, krótką formę - Den Bosch. :D