środa, 6 stycznia 2016

Wyjścia

Odwołuję wszystko, co tylko da się odwołać.
Wyjście na lodowisko - odwołane.
Wyjście na kawę - odwołane.
Wyjście na kręgle - do odwołania.
Wyjście gdziekolwiek - niemożliwe, nieosiągalne.

Ludzie przychodzą, ale ja nie wychodzę. Ludzie próbują, a potem się zniechęcają.
Ludzie odchodzą, znikają i "uporczywie ich nie ma".
Jak mogę kogoś poznać, jeśli nigdzie nie wychodzę?

Na samą myśl o wyjściu gdziekolwiek, o spotkaniu kogokolwiek, wnętrzności wywracają mi się do góry nogami i chce mi się wymiotować. Dosłownie. To takie uczucie, jakby ktoś wlał mi do żołądka kubeł lodowatej wody. Nie mogę jeść, nie mogę oddychać, nie mogę nawet myśleć.
Gdy planuję jakieś wyjście, czuję autentyczną ekscytację, radość. Wierzę, że tym razem się uda. Naprawdę w to wierzę! A potem wyłazi cały ten chłód, zalewa mnie od środka i mam ochotę schować się w szafie i już z niej nie wyjść. Przeczekać najgorsze, a potem wleźć pod kołdrę, przykryć się nią po same uszy, wtulić się w siebie i przestać na chwilę istnieć.

Kilka dni temu moja rodzina goszcząca miała gości. Małżeństwo z dwojgiem dzieci.
To była sobota, teoretycznie mam wolne, więc mogę robić to, na co mam ochotę. Ale przyzwoitość nakazuje chociaż taki mały gest, jak zejście na dół, przywitanie się, przedstawienie. Jakąś pogawędkę. Nikt w końcu nie zmusza mnie do siedzenia tam z nimi cały dzień. Dlaczego więc nie byłam w stanie wykonać nawet tego malutkiego gestu? Czemu tak się bałam? Czemu udawałam, że nie istnieję? Czemu strach zabił we mnie inne potrzeby - chociażby głód? Nie zeszłam na śniadanie, bałam się zejść na lunch. Gdy już upewniłam się, że gości na 100% nie ma, zeszłam na kolację. Moja rodzina goszcząca nie zadawała żadnych pytań i jestem im za to wdzięczna, ale pewnie myślą, że mam nierówno pod sufitem. W sumie też tak uważam.

Obecność dzieci mnie uspokaja, jakoś odzyskuję przy nich kontrolę nad swoim życiem. Chyba tylko przy nich mogę być sobą i wiem, że mnie za to nie ocenią, nie potępią, nie spróbują mnie zmienić w kogoś, kim nie jestem.

Obiecuję sobie, że nie odwołam jutrzejszego wyjścia do kina. Naprawdę w to wierzę.
Trzymajcie kciuki, będą mi jutro potrzebne.

PS Wszystkiego najlepszego, AJ. Niech moc będzie z Tobą. : )

3 komentarze:

  1. Nie odwołałaś napisania tego wpisu!


    ...Hej, moje inicjały to też A.J. Przejrzałem listę Twoich znajomych na FB i jest tam tylko jedna A.J. Czyli to nieczęsta kombinacja. I też ma urodziny w styczniu? What are the odds? (Ale i tak pozwolę sobie podziękować.)


    Mam nadzieję, że film okaże się dobry. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę kiepska droga konkluzji, AJ. Wiesz przecież, że z moich facebookowych ludków dostęp do bloga mają tylko PO, MG i IR. Jasne, że życzenia są dla Ciebie. Nie ma za co. : )

      Do dzisiejszego wyjścia zostało jeszcze pięć godzin. Nadal mam czas, żeby to odwołać - ta myśl trochę mnie uspokaja.

      Usuń
  2. Nie wiedziałem, że wiedziałem. Musiałaś o tym wspomnieć w jakiejś dawnej wymianie i zdążyłem zapomnieć. Pojąwszy to dziękuję jednoznaczniej. :)

    PS. Nie odliczaj tak dwie godziny po dwóch godzinach, rozluźnij się. ;)

    OdpowiedzUsuń