Leżę na czterech wolnych miejscach, jestem przykryta kocem, pod głową mam małą poduszkę. Jest wygodnie, chociaż moje ciało powoli traci swoje ciepło. Niby nie śpię, ale nie jestem też do końca świadoma tego, co się wokół mnie dzieje. Przez dźwięk sunącego po szynach pociągu mam wrażenie, że lecę. Muzyka tworzy słabą ścianę, przez którą dźwięk pociągu częściowo przenika. Du-dum, du-dum.
Przede mną jeszcze pięć godzin podróży - za mną już sześć. "Bliżej niż dalej" to pojęcie bardzo względne. Wie się o tym najlepiej wsiadając na obskurnym katowickim dworcu do jeszcze bardziej obskurnego pociągu. Wie się o tym równie dobrze, gdy się z niego wysiada na równie obskurnym dworcu głównym w Gdańsku. Czas sączy się jak krople z nieszczelnego kranu.
Konduktor odwiedził mój przedział trzy razy. Za każdym razem inny. Niektórzy z nich już mnie kojarzą, w końcu jeżdżę tym pociągiem niemal co dwa tygodnie, prawie na całej długości trasy. Uśmiecham się, pokazuję bilet i zapadam w ten nocnopociągowy stan. Du-dum, du-dum.
Lokomotywa wyje. W takich chwilach muzyka wżera mi się w mózg.
Jest rok 2014. Nocny pociąg z Katowic do Gdańska jedzie teraz 10 godzin. Wiem, bo sprawdziłam. Zamykam oczy i niemal czuję zapach tamtego przedziału. Brakuje tylko świadomości, że jesteś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz