piątek, 23 października 2015

Ponury kot

Lecę w środę do Polski.

Niby się cieszę, bo zobaczę rodzinę, odwiedzę znajomych, pójdę do fryzjera i zjem pyszne polskie wędliny, ale z drugiej strony boję się.

Okropnie się boję, bo po raz pierwszy od śmierci taty będę w domu.
Pierwszy raz od pogrzebu pójdę na jego grób.
Boję się, że znowu będę myśleć o tym, że dwa metry pod ziemią leżą szczątki kogoś, kto kiedyś był moim ojcem. Boję się, bo wiem dokładnie, jak takie szczątki wyglądają. Boję się, że pomyślę o tym stojąc nad grobem razem z moją rodziną. I że dostanę wtedy ataku paniki.

Od paru dni znowu jestem zupełnie sama.

Tylko mi się wydawało (jak zawsze zresztą), że P. chce w jakiś sposób być częścią mojego życia. Chyba nie chce, bo już do mnie właściwie nie pisze i nigdy nie ma czasu, żeby się spotkać. Mam pretensje do siebie, że znowu byłam na tyle naiwna, żeby uwierzyć w to, że może mi się przytrafić w życiu coś dobrego.

Przyłapałam się na tym, że tęsknię za panem M. O rany, to było tak dawno temu. Niedługo miną cztery lata, odkąd przyjechał do mnie do Gdańska i spędziliśmy razem weekend. Byłam wtedy taka szczęśliwa. Czy kiedykolwiek jeszcze będę się tak czuć?
Albo gdy świętowaliśmy wspólnie urodziny, które mieliśmy dokładnie w ten sam dzień, 30. grudnia. Po imprezie z moimi znajomymi, wspólna podróż pociągiem do Gdańska. I czas spędzony razem w pokoju w akademiku, Sylwester, którego jakoś nie pamiętam.
Idealizuję sobie to wszystko w mojej chorej głowie.
Gdy pomyślę głębiej, przypominam sobie, że dokładnie w moje urodziny pan M. zmieszał mnie z błotem, bo mój przyjaciel z Krakowa zadzwonił do mnie złożyć mi życzenia urodzinowe. I zniknął potem na godzinę. Wrócił i przepraszał. Czemu nie poczułam, że już wtedy coś we mnie umarło? Takich sytuacji było przecież więcej i więcej, i więcej...

Przeglądałam ostatnio statystyki bloga i rzuciło mi się w oczy, że gdy jestem samotna, piszę dużo więcej postów. Może dzięki temu nie truję nikomu tyłka moimi problemami. Plus jest taki, że nikt mi nie mówi prosto w twarz, że moje problemy są z dupy wzięte i że mam wziąć się w garść.

Postanowiłam, że gdy skończę ten rok jako au pair, postaram się jakoś zacząć układać sobie tutaj życie. Holandia to dobry kraj. Znam język, więc jest mi dużo łatwiej. Nie chcę znowu zaczynać wszystkiego od zera. Nie mam energii na kolejną przeprowadzkę do innego kraju. Nie chcę też wracać do Polski. Zostanę tutaj na jakiś czas, znajdę pracę, może zacznę jakieś studia. Pójdę do psychiatry i ostatecznie się zdiagnozuję. Mam już dość życia w tej ciągłej pustce i smutku. To nie może być normalny stan. Po prostu nie może.

Jestem dzisiaj ponurym kotem. Mam zamiar spędzić wieczór z książką, leżąc w łóżku. Na weekend też specjalnych planów nie mam, skupię się więc na zdrowieniu. Oby było tylko lepiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz