wtorek, 31 stycznia 2017

33

Od paru dni, co rano budzi mnie świadomość, że jego nie ma. Natrętne, złowrogie myśli, że jest tak daleko, tak bardzo poza zasięgiem. Rano i w południe: od 6:30 do ok. 14:00: sprawdzanie telefonu co 10 minut, odświeżanie Gmaila, bo może napisał. Dlaczego nie pisze? Przecież obiecał pisać. Nie tęskni? Obiecał tęsknić.

A ja tu usycham, umieram, więdnę bez niego.

Obsesyjnie odświeżanie Facebooka, bo może wrzucił jakieś zdjęcie.

Po 14:00 przychodzi spokój. Pomiędzy Melbourne a Holandią jest 10 godzin różnicy, więc środek dnia u nas oznacza noc u nich. Po północy nikt nie będzie przecież pisać maili czy wrzucać postów na Facebooka. Czekanie się kończy. Myślę tylko, czy on śpi gdzieś spokojnie. Czuwam na odległość nad jego snem.

Tym sposobem docieram do 18:00, gdzie zaczyna się rozpaczliwa pustka. Masa osób wśród znajomych na Facebooku, masa kontaktów na WhatsApp i nikogo, z kim można by porozmawiać. Nikogo dookoła, nikogo z kim można by się spotkać. Usiłuję czymś się zająć i zwykle nawet mi to wychodzi, chociaż nie na długo.

Przed snem jest najgorzej. Gdy kładę się spać o 22:00, tam u niego jest 8:00 rano, rozpoczyna się kolejny dzień. Łudzę się, że może wtedy dostanę jakiś mail od niego i to powoduje, że nie jestem w stanie tak łatwo zasnąć.
Piszę wtedy w notesie, który kupiłam specjalnie na tę okazję. Notuję każdy dzień. Zapisuję wszystkie lęki.

I jest mi trochę lepiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz