sobota, 28 stycznia 2017

37

Jak się okazuje, jestem całkiem dobra w ukrywaniu łez. Albo może wszystkie łzy zostały już wylane w ostatnich tygodniach, przeplatane atakami paniki i nieznośnych myśli kłębiących się w głowie. Może nie było już miejsca na rozpaczliwy smutek, który dopadał mnie przez ostatnie dni.

Thijs wyjechał. Wczoraj, o 13:00 przytuliłam go po raz ostatni. Widziałam, jak idzie w stronę odprawy. Widziałam łzy w jego oczach i to ja byłam tą, która przytuliła jego twarz, pogłaskała go po karku i powiedziała "nie martw się, wszystko będzie dobrze, miej udane wakacje".

Powrót do domu był trudny. Trudno było schować łzy, ten ucisk w gardle miażdżący krtań, trudno było się pozbierać, ale potem przyszło uczucie ulgi. Że nie będzie trzeba już czekać na jego wyjazd. Że pożegnanie już było. Że teraz można już tylko czekać na jego powrót, odliczanie do dnia zero już minęło, a to ono było tak naprawdę najtrudniejsze. Mam to już za sobą.

Przez kolejne 37 dni skupię się na sobie, taki jest plan. I na odkurzeniu rzeczy i ludzi, o których trochę zapomniałam i trochę zaniedbałam. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz