niedziela, 28 kwietnia 2013

Drzewa, ptaki i ja

Wybrałam się wczoraj, razem z Lamą, na integrację z lasem. To taka akcja zorganizowana przez Radę Osiedla Oliwa. Znalazłyśmy plakat jakiś czas temu i postanowiłyśmy się zapisać. Ciężko było wstać o siódmej rano, żeby zdążyć na miejsce zbiórki, no ale udało się! Gdy dotarłyśmy na miejsce, na parkingu było może z pięć osób, chociaż była już dziewiąta. Przewodnicy postanowili, że zaczekamy jeszcze 10 minut, żeby dać szansę dojechać reszcie uczestników. I faktycznie - w ciągu tych 10 minut dojechało jakieś 40 osób.

Wycieczkę rozpoczął "spacer edukacyjny" po lesie, w czasie którego przewodnicy opowiadali nam o drzewach i o ptakach. Następną częścią wycieczki była nauka sadzenia drzew. Każdy uczestnik dostał szpadel oraz sadzonki dębu. Razem z Lamcią zasadziłśmy jakieś 30 młodych drzewek. Dowiedziałyśmy się, że na jednym hektarze sadzi się około 6 tysięcy sadzonek, z czego po selekcji zostaje tylko 200-300. Leśniczy powiedzieli nam, że za jakieś 100-120 lat w tym miejscu będzie piękny dębowy las. Po sadzeniu drzew organizatorzy przygotowali dla nas ognisko.

Postanowiłyśmy, że zostaniemy do końca ogniska, żeby potem pomóc organizatorom w sprzątaniu. Zbieg okoliczności sprawił, że jakieś młode małżeństwo zaczęło opowiadać o swojej ostatniej wycieczce na Dolny Śląsk. Jako, że jestem z tamtych okolic, prędko podłapałam temat i zaczęłam z nimi rozmawiać. Nagle jakiś młody mężczyzna stojący obok mnie zapytał, czy przyjechałam do Gdańska na studia. Odpowiedziałam mu, że tak. Stwierdził, że pochodzi z Wrocławia i mieszkał tam przez siedem lat. Opowiadał nam potem, jak można krótszą drogą przejść z miejsca sadzenia drzew do okolicy, w której mieszkamy. Nie zdecydowałyśmy się jednak na podróż lasem - obie nie grzeszymy orientacją w terenie. Zaproponował nam, że może nas podwieźć, bo i tak jedzie samochodem w stronę Wrzeszcza. Bez wahania zgodziłyśmy się.

15 minut później szłyśmy za nim do samochodu. Powiedział, że chciałby jeszcze obejrzeć polanę nieopodal parkingu. Nie śpieszyłyśmy się donikąd, więc chętnie przystałyśmy na jego propozycję. Okazało się, że interesuje się ptakami, ale nie ma wykształcenia ornitologicznego. Podczas wspólnego spaceru, wyszukiwaliśmy ptaki, obserwowaliśmy je przez lornetkę, a potem próbowaliśmy zidentyfikować. Andrzej (przedstawił nam się dopiero później) był nimi strasznie zafascynowany.

To był naprawdę ciekawy dzień, który mogę w całości ocenić na plus. Doszło do mnie, że jeśli coś się robi, ma się też więcej wspomnień. Postanowiłam, że będę częściej wychodzić z domu, chociażby właśnie na takie spotkania, wycieczki, wydarzenia. Wróciłyśmy zmęczone, zmarznięte, ale uśmiechnięte - może i nawet nie za sprawą licznych fantów, jakie przywiozłyśmy ze sobą - ale właśnie przez wspomnienia. Było warto. (:


   

niedziela, 21 kwietnia 2013

Ruszanie naprzód

Byłam wczoraj u psychologa. Zapisałam się na wizytę w sumie po dłuższym zastanowieniu. Myślałam o tym od dawna, ale jakoś nigdy nie umiałam się ostatecznie za to zabrać. No ale udało się.

Nigdy wcześniej nie byłam u żadnego tego typu terapeuty. Nigdy nawet nie korzystałam z pomocy pedagoga szkolnego. Że już o psychiatrach nie wspomnę. Ale od dłuższego czasu było, a właściwie jest, naprawdę kiepsko. Snuję się codziennie, nie odzywam się praktycznie do nikogo i jest mi wszystko jedno. Depresja? Nie wiem, wątpię. Raczej obojętność, zwątpienie i pustka. Brak radości, pomimo pięknej pogody za oknem. Zmęczenie udawaniem. Nieodwzajemniona tęsknota. Melancholia. Wszystko na raz.

Dodatkowo poznałam ostatnio kogoś naprawdę ciekawego. Kogoś, z kim być może chciałabym kiedyś, w przyszłości - dalszej lub bliższej - utworzyć jakąś więź, trwałą relację. Czuję, że mogłabym. Czuję, że mogę. Nawet czuję, że chcę. Ale coś mnie blokuje, nawet dobrze wiem, co to takiego. Nie chcę oszukiwać, nie chcę mamić, nie chcę dziwnych sytuacji. Nie chcę ranić. Czuję, że nie mogę być z kimś nowym, jeśli uprzednio nie zamknę przeszłości. Raz już próbowałam, skutki były tragiczne. Nie chcę tego powtarzać, dlatego naprawdę zdecydowanie weszłam wczoraj do gabinetu psychologa.

Jest kobietą, po trzydziestce. Ma brązowe oczy, jest miła, ma nienaganną dykcję. Sprawia wrażenie osoby kompetentnej. Wysłuchała, co miałam do powiedzenia, chociaż w moja opowieść była bardzo chaotyczna. Nie oceniała mnie. Zadała kilka pytań. Podsunęła kilka innych, na które nie umiałam odpowiedzieć. Szczególnie zaciekawił mnie jeden jej komentarz: chodziło o to, że na czas wakacji wracam do domu i nie będę mogła przychodzić na terapię. Powiedziałam, że nie chciałabym zajmować niepotrzebnie miejsca i marnować jej czasu. A ona na to: "pani martwi się, że będzie marnować mój czas, a tymczasem ja martwię się, że przez trzy miesiące zostanie pani bez terapii". Przez kilka minut zastanawiała się nad tym, jakby autentycznie się tym przejęła. Powiedziała, że coś wymyślimy i że zaprasza mnie za tydzień.

Terapio psychologiczna witaj.
   

środa, 10 kwietnia 2013

Dziecko w szklanej kuli

Jestem w trakcie czytania książki pt. "Oblężenie - rodzinna wyprawa w świat dziecka autystycznego". Jej autorką jest matka dziecka chorego na autyzm.

Elly (tak też na imię tej małej istotce) początkowo rozwijała się dokładnie tak samo, jak jej rówieśnicy. Gdy miała pół roku, uśmiechała się i wyciągała rączki w stronę mamusi, radośnie przy tym kwiląc. W chwilę potem wszystko zaczęło się zmieniać - Elly przestała zauważać domowników, jej spojrzenie stało się puste, obojętnie. Gdy miała 22 miesiące, jej ulubionym zajęciem było kołysanie się w łóżeczku. Nie potrzebowała niczyjej obecności - była SAMOWYSTARCZALNA. Nie, nie pomyliłam się. Naprawdę taka była. Nie mówiła, nie chodziła, zupełnie jakby NIE CHCIAŁA, nie potrzebowała. Zaniepokojeni rodzice zabrali ją na badania i usłyszeli przerażającą diagnozę - autyzm. "Wasze dziecko nigdy nie będzie normalne."

Książka opowiada o zmaganiach matki z autystyczną codziennością córeczki, próbach wtargnięcia do jej świata, staraniach o bycie zauważaną i kochaną. Nie jest to łatwym zadaniem, chociaż matka ucieka się do najprostszych, bazowych metod i prób nawiązania kontaktu. Pomocna okazuje się muzyka - dzięki niej Elly jest w stanie wyrażać swoje pragnienia i potrzeby.

Długo mogłabym opisywać, co też ciekawego wyczytałam w "Oblężeniu...", ale jest to chyba rzeczą zbędną, bo w gruncie rzeczy nie taki był zamysł tego posta. Ta książka sprawiła, że zaczęłam się jeszcze głębiej zastanawiać nad zagadkowym zespołem, jakim jest autyzm. Gdzieś w kącie mojej głowy pojawiła się myśl, że przecież takie dziecko może się przytrafić każdemu z nas - mnie również. Czy potrafiłabym sobie z tym poradzić? Czy znalazłabym w sobie tyle siły, cierpliwości i wytrwałości, aby walczyć - jak mama Elly? Do tej pory widziałam te dzieci wyłącznie pod kątem terapii logopedycznej - praca z nimi wydawała mi się ciężka, mozolna, często bezefektowa - ale mimo wszystko warta zachodu. To był pierwszy raz, gdy pomyślałam sobie, że JA mogę się kiedyś znaleźć na miejscu matki Elly. Jak się wówczas zachowam? To wszystko jest tak cholernie trudne NAWET do wyobrażenia - a co dopiero do wykonania...

Niebawem pewnie skończę tę książkę, może wówczas coś mi się w tej głowie rozświetli i odejdą te ciężkie myśli.
     

czwartek, 4 kwietnia 2013

Monologi

Nie umiem rozmawiać z ludźmi. Kiedyś umiałam, ale ostatnio coraz częściej zauważam, że gdzieś po drodze zgubiłam tę umiejętność. Albo po prostu tak niewiele zostało już osób, z którymi potrafię rozmawiać. Chodzi mi o taką prawdziwą rozmowę, gdzie rozmówcy są sobie równi, każdy z nich jest gotowy do słuchania drugiej osoby i przekazywania własnych myśli. Ja nie mam - albo jednego, albo drugiego. Bo chęci chyba mam...

Chodzi o to, że moje rozmowy z ludźmi przybrały raczej formę monologu lub, jak kto woli, wykładu. Wychodzi na to, że mówię bez przerwy, nie daję rozmówcy czasu ani możliwości na wtrącenie swoich trzech groszy, a nawet nie widać we mnie potrzeby wysłuchania rozmówcy. A ja naprawdę lubię słuchać... Więc co się we mnie zmieniło? Jak wrócić do tego, co było? A może już nawet nie warto...

Uświadomiłam sobie, że będąc z M. tak naprawdę niewiele mówiłam w jego obecności. To on opowiadał o tym, co działo się u niego, też właśnie w takiej monologowej formie. Opowiadał i opowiadał, i opowiadał... A ja słuchałam. Nie dlatego, że nie miałam nic do powiedzenia - miałam wiele. Naprawdę wiele. Ale on uważał, że to nudne. Raz mi nawet o tym powiedział, gdy chciałam się z nim podzielić jakąś pierdołą na samym początku naszej znajomości. Powiedział mi, że nie chce mu się mnie słuchać, bo to nudne, a moje prywatne życie [chodziło o jakąś pierdołę z akademika] go kompletnie nie interesuje. Czemu już wtedy nie zapaliła mi się w głowie jakaś czerwona lampka? Oczywiście przeprosił, powiedział, że nie miał tego na myśli, bla bla bla... Ale to i tak zostało.

Innym powodem, dla którego uważnie go słuchałam był po prostu fakt, że ja kochałam go słuchać. Uwielbiałam barwę jego głosu, obecnie w nim ciepło, skupienie. Widziałam, że to, o czym mówi, jest dla niego naprawdę ważne i nie byłam w stanie nawet mu przerwać. To, o czym mówił, było dla mnie naprawdę ciekawe. Więc słuchałam, chłonęłam jak gąbka to, co do mnie mówił. Wraz z upływem czasu doszłam do wniosku, że opowiadał mi o gównie.

To monologowanie może więc być pozostałością po M. Jak się jej pozbyć? Chciałabym móc znów normalnie rozmawiać ze wszystkimi ludźmi, a nie tylko z tą małą garsteczką. Bo i owszem, są osoby, z którymi mi się wybitnie lekko rozmawia, ale mogę je policzyć na palcach jednej ręki. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że najważniejszą częścią terapii jest uświadomienie sobie istnienia problemu. Ja już sobie to uświadomiłam. Teraz spróbuję tego po prostu nie robić.

A jeśli to nie zadziała, to nie wiem. Wykładowcą zostanę.
    

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Co się stało z moim życiem?

Macie tak czasami, że wstajecie rano z łóżka z uczuciem, że to nie jest wasze życie?

Bo to jest tak: żyję sobie, jestem szczęśliwa. To taki moment w życiu, kiedy nie chce się niczego zmieniać, nie czuje się takiej potrzeby, bo wszystko jest na swoim miejscu, dokładnie tak, jak być powinno. A potem nagle, w jednej krótkiej chwili, kompletnie niespodziwanie, wszystko się zmienia. Absolutnie wszystko. Nic nie jest już takie samo i nie wiem co mam robić, aby przywrócić poprzedni stan. Czuję się bezradna, jestem w tym wszystkim totalnie sama - porzucona, zagubiona, samotna. Tkwię w tym wszystkim, pogrążam się, rzeczywistość się odrealnia i zaczyna mnie lekko pukać palcem w głowę. Niby nic, ale to drażni. Ignoruję to wredne pukanie, staram się żyć dalej. Uporczywie podnoszę się z każdego upadku, wykrzywiam tylko czasami twarz, ale tylko wówczas, gdy nikt nie widzi. Odrealniona rzeczywistość staje się jeszcze bardziej odrealniona, zaczyna mnie klepać (już nie pukać), coraz mocniej i mocniej, i mocniej... Potem pozwala sobie na jeszcze więcej - popycha mnie, a gdy się przewrócę - kopie mnie.

To jest ten moment, gdy budzę się rano i pytam sama siebie (lub sufit, opcjonalnie) - CO U LICHA SIĘ STAŁO? To nie jest moje życie. Oddaj mi moje życie!

Ale ono nie wróci. Nigdy nie wraca.