Wybrałam się wczoraj, razem z Lamą, na integrację z lasem. To taka akcja zorganizowana przez Radę Osiedla Oliwa. Znalazłyśmy plakat jakiś czas temu i postanowiłyśmy się zapisać. Ciężko było wstać o siódmej rano, żeby zdążyć na miejsce zbiórki, no ale udało się! Gdy dotarłyśmy na miejsce, na parkingu było może z pięć osób, chociaż była już dziewiąta. Przewodnicy postanowili, że zaczekamy jeszcze 10 minut, żeby dać szansę dojechać reszcie uczestników. I faktycznie - w ciągu tych 10 minut dojechało jakieś 40 osób.
Wycieczkę rozpoczął "spacer edukacyjny" po lesie, w czasie którego przewodnicy opowiadali nam o drzewach i o ptakach. Następną częścią wycieczki była nauka sadzenia drzew. Każdy uczestnik dostał szpadel oraz sadzonki dębu. Razem z Lamcią zasadziłśmy jakieś 30 młodych drzewek. Dowiedziałyśmy się, że na jednym hektarze sadzi się około 6 tysięcy sadzonek, z czego po selekcji zostaje tylko 200-300. Leśniczy powiedzieli nam, że za jakieś 100-120 lat w tym miejscu będzie piękny dębowy las. Po sadzeniu drzew organizatorzy przygotowali dla nas ognisko.
Postanowiłyśmy, że zostaniemy do końca ogniska, żeby potem pomóc organizatorom w sprzątaniu. Zbieg okoliczności sprawił, że jakieś młode małżeństwo zaczęło opowiadać o swojej ostatniej wycieczce na Dolny Śląsk. Jako, że jestem z tamtych okolic, prędko podłapałam temat i zaczęłam z nimi rozmawiać. Nagle jakiś młody mężczyzna stojący obok mnie zapytał, czy przyjechałam do Gdańska na studia. Odpowiedziałam mu, że tak. Stwierdził, że pochodzi z Wrocławia i mieszkał tam przez siedem lat. Opowiadał nam potem, jak można krótszą drogą przejść z miejsca sadzenia drzew do okolicy, w której mieszkamy. Nie zdecydowałyśmy się jednak na podróż lasem - obie nie grzeszymy orientacją w terenie. Zaproponował nam, że może nas podwieźć, bo i tak jedzie samochodem w stronę Wrzeszcza. Bez wahania zgodziłyśmy się.
15 minut później szłyśmy za nim do samochodu. Powiedział, że chciałby jeszcze obejrzeć polanę nieopodal parkingu. Nie śpieszyłyśmy się donikąd, więc chętnie przystałyśmy na jego propozycję. Okazało się, że interesuje się ptakami, ale nie ma wykształcenia ornitologicznego. Podczas wspólnego spaceru, wyszukiwaliśmy ptaki, obserwowaliśmy je przez lornetkę, a potem próbowaliśmy zidentyfikować. Andrzej (przedstawił nam się dopiero później) był nimi strasznie zafascynowany.
To był naprawdę ciekawy dzień, który mogę w całości ocenić na plus. Doszło do mnie, że jeśli coś się robi, ma się też więcej wspomnień. Postanowiłam, że będę częściej wychodzić z domu, chociażby właśnie na takie spotkania, wycieczki, wydarzenia. Wróciłyśmy zmęczone, zmarznięte, ale uśmiechnięte - może i nawet nie za sprawą licznych fantów, jakie przywiozłyśmy ze sobą - ale właśnie przez wspomnienia. Było warto. (:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz