Nie umiem rozmawiać z ludźmi. Kiedyś umiałam, ale ostatnio coraz częściej zauważam, że gdzieś po drodze zgubiłam tę umiejętność. Albo po prostu tak niewiele zostało już osób, z którymi potrafię rozmawiać. Chodzi mi o taką prawdziwą rozmowę, gdzie rozmówcy są sobie równi, każdy z nich jest gotowy do słuchania drugiej osoby i przekazywania własnych myśli. Ja nie mam - albo jednego, albo drugiego. Bo chęci chyba mam...
Chodzi o to, że moje rozmowy z ludźmi przybrały raczej formę monologu lub, jak kto woli, wykładu. Wychodzi na to, że mówię bez przerwy, nie daję rozmówcy czasu ani możliwości na wtrącenie swoich trzech groszy, a nawet nie widać we mnie potrzeby wysłuchania rozmówcy. A ja naprawdę lubię słuchać... Więc co się we mnie zmieniło? Jak wrócić do tego, co było? A może już nawet nie warto...
Uświadomiłam sobie, że będąc z M. tak naprawdę niewiele mówiłam w jego obecności. To on opowiadał o tym, co działo się u niego, też właśnie w takiej monologowej formie. Opowiadał i opowiadał, i opowiadał... A ja słuchałam. Nie dlatego, że nie miałam nic do powiedzenia - miałam wiele. Naprawdę wiele. Ale on uważał, że to nudne. Raz mi nawet o tym powiedział, gdy chciałam się z nim podzielić jakąś pierdołą na samym początku naszej znajomości. Powiedział mi, że nie chce mu się mnie słuchać, bo to nudne, a moje prywatne życie [chodziło o jakąś pierdołę z akademika] go kompletnie nie interesuje. Czemu już wtedy nie zapaliła mi się w głowie jakaś czerwona lampka? Oczywiście przeprosił, powiedział, że nie miał tego na myśli, bla bla bla... Ale to i tak zostało.
Innym powodem, dla którego uważnie go słuchałam był po prostu fakt, że ja kochałam go słuchać. Uwielbiałam barwę jego głosu, obecnie w nim ciepło, skupienie. Widziałam, że to, o czym mówi, jest dla niego naprawdę ważne i nie byłam w stanie nawet mu przerwać. To, o czym mówił, było dla mnie naprawdę ciekawe. Więc słuchałam, chłonęłam jak gąbka to, co do mnie mówił. Wraz z upływem czasu doszłam do wniosku, że opowiadał mi o gównie.
To monologowanie może więc być pozostałością po M. Jak się jej pozbyć? Chciałabym móc znów normalnie rozmawiać ze wszystkimi ludźmi, a nie tylko z tą małą garsteczką. Bo i owszem, są osoby, z którymi mi się wybitnie lekko rozmawia, ale mogę je policzyć na palcach jednej ręki. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że najważniejszą częścią terapii jest uświadomienie sobie istnienia problemu. Ja już sobie to uświadomiłam. Teraz spróbuję tego po prostu nie robić.
A jeśli to nie zadziała, to nie wiem. Wykładowcą zostanę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz