No i jednak dopadła mnie ta wiosenna deprecha. Kurcze, jak to jest, że ludzie się normalnie poznają, spędzają ze sobą czas, widują?
To wszystko przez to, że nie umiem pogodzić się z tym, że to jest właśnie to. To jest moje życie. Tak było przecież zawsze. Ludzie przewijają się przez nie, każdy zostawia mniejsze lub większe ślady. Niektórych wspomina się dobrze, innych źle. Nikt nie zostaje.
A może po prostu powinnam zadowolić się kimś prawie? Prawie w moim typie, prawie kochającym koty, kimś z kim mogłabym porozmawiać prawie na każdy temat i z kim czułabym się prawie dobrze prawie każdego dnia?
Może takim prawdziwym, dobrym postanowieniem byłoby przestać się męczyć, przestać szukać, gonić za czymś, czego nie ma i zaakceptować to, co mam?
Prawie potrafiłabym go dotrzymać.
A może lepiej przestać gdybać, wziąć się w garść i zacząć wcielać owe "plany" w życie, swoje WŁASNE życie?
OdpowiedzUsuńPewna osoba, którą bardzo szanuję, kiedyś stwierdziła, że: "są wymówki i są wyniki". Ma rację...
Poza tym - co to za przyjemność, gdy zaczynamy żyć życiem innych osób? Ni to przyjemne, ni to kreatywne, rzekłbym - aprzyszłościowe. Nie bez powodu powtarza się usilnie, że człowiek jest kowalem swojego losu. Może czas... wróć. Nie ma czasu na gdybanie. JEST za to czas, by wyciągnąć wnioski i złapać za ster.
Pozdrawiam.
Masz rację, to żadna przyjemność. Ale wie się o tym dopiero po fakcie.
UsuńOh well, w takim razie życzę szerokości na drodze zmian. ;)
Usuń