Macie czasami wrażenie, że żyjecie w świecie złudzeń? Ja mam często. Ale już mnie to nie martwi, raczej bawi. Za każdym razem, gdy ponosi mnie wyobraźnia (bo nie będę sobie wmawiać, że tak po prostu bywa, czy coś; to musi być wina mojej niewyżytej fantazji), a potem brutalnie zderzam się z rzeczywistością, chce mi się śmiać. To jest śmieszne. Ludzie są śmieszni. Ja jestem śmieszna.
Byłam u ortopedy, dostałam skierowanie na rehabilitację. Po wyjściu z gabinetu byłam zadowolona - w końcu nie trafię pod nóż, jeszcze coś da się zrobić. Po podejściu do rejestracji na rehabilitację moja radość minęła - najbliższe wolne terminy to przełom listopada i grudnia. Ortopeda powiedział mi, że jeśli ból będzie się utrzymywał, mam przyjść po skierowanie do neurochirurga. Zastanawiam się, czy jest sens czekać, czy może lepiej od razu wziąć to skierowanie i nie łudzić się, że "pilna" rehabilitacja w grudniu po południu coś da. W innych przychodniach sytuacja jest dokładnie taka sama.
Z ciekawszych rzeczy: byłam na koncercie Riverside w środę. Było nieziemsko, chociaż byłam tam zupełnie sama. Spotkałam O., ale rozmowa średnio się kleiła. W sumie się nie dziwię. Zwiałam przy pierwszej okazji.
Pakuję manatki, od jutra Prokopów na cały tydzień. Czuję, że będzie ciekawie. Być może tym razem chociaż na chwilę nie będę musiała się rzucać w wir złudzeń. Nanana.
Edit: To jest post nr 37! Jakoś bardziej mnie cieszy niż pierwsze urodziny bloga. (:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz