Idę do lasu, gleba przyjemnie pachnie mchem, grzybami i suchymi liśćmi. Dookoła jest zielono, słychać radosny śpiew ptaków. Przez gałęzie drzew przedzierają się promienie słońca. Jest ciepło, w końcu to czerwiec, powinno być ciepło.
Siadam na rozgrzanej słońcem polanie. Piję wodę. Drzewa szumią.
W tej samej sekundzie ktoś ważny umiera na szpitalnym łóżku. I myślę sobie, że już nigdy - już nigdy-nigdy-nigdy - nigdy nie porozmawiamy, nigdy się już nie spotkamy, NIGDY-NIGDY nie usłyszę już tego głosu, tego śmiechu, nie zobaczę nigdy blasku tych oczu. Już nigdy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz