poniedziałek, 24 października 2016

Pod wozem czy na wozie?

Może się nam udać albo nie udać. W sumie nie ma nic pomiędzy.
Jest tylko TAK albo NIE. Pomiędzy nie ma nic.

Może nam się uda.
Chciałabym.

Myślimy z Mr. T. o mieszkaniu razem i dopadają nas nieznośne problemy i niedopowiedzenia. On, jak to on, sam nie wie, czego chce. Chce ze mną mieszkać. Nie chce mieszkać za daleko od jego rodzinnej miejscowości. Ja z kolei chcę z nim mieszkać, ale nie chcę mieszkać w jego rodzinnej miejscowości. Nie teraz. Teraz potrzebuję mieszkać blisko miasta, w którym będę studiować. On chce kupić dom. Mnie na kupno domu nie stać, więc wolałabym razem z nim coś wynająć. Wczoraj wieczorem powiedziałam mu, trochę zbyt ostro, że pora nareszcie dorosnąć i przestać zachowywać się jak dziecko. Głupio mi było, ale Mr. T., ku mojemu zaskoczeniu, przyznał mi rację. Nie wiem, do czego to zmierza.

Coś mi mówi, że jeśli będę się trzymać Mr. T., wszystko się jakoś w życiu poukłada. Nigdy wcześniej przy nikim się tak nie czułam. Nie chciałabym, żeby ten związek rozwalił się przez jakąś jedną źle podjętą decyzję. Z drugiej strony nie chcę zmieniać ot tak jego planów, bo bądź co bądź, ale nie jesteśmy razem jakoś szczególnie długo.

Trudne sprawy...

niedziela, 16 października 2016

Wdzięczność

Dokładnie przedwczoraj minęły 4 miesiące odkąd jestem w związku z Mr. T.

Chciałabym powiedzieć, że jest tylko miło, fajnie i cudownie, ale czasami ten związek wyczerpuje mnie zarówno psychicznie, jak i fizycznie.
Thijs jest cudowną osobą. Jest troskliwy, czuły, wrażliwy, pomocny, szczery. Wiem, że mnie kocha i wiem, że to jest prawdziwe uczucie. On jest w stanie zrobić dla mnie wszystko. Gdy nie czuję się na siłach, żeby wyjść z domu, on zostaje ze mną i nigdy nie narzeka. Czasem wyciąga mnie na siłę i w sumie to wychodzi mi to na dobre, zwykle.

Thijs jest zupełnie inny, niż ja. Takie dokładne przeciwieństwo mnie. Osoba niezorganizowana, mająca problemy z organizacją czasu w taki sposób, żeby być na czas. Osoba niezdecydowana. Osoba spokojna, zrównoważona, optymista patrzący w przyszłość z uśmiechem.
A ja? Ja jestem zawsze na czas, a nawet 15 minut za wcześnie. Zawsze wiem, czego chcę. Jestem niespokojna, niezrównoważona (och, jak to brzmi!), pesymistka patrząca w przyszłość i nie widząca żadnej przyszłości.

Wychodzenie z Thijsem na jego rodzinne spotkania, imprezy, wesela jego przyjaciół - to wszystko mnie psychicznie wykańcza. Ja nie pasuję do jego świata. Ja nigdzie nie pasuję, nigdzie nie należę, tylko się włóczę: wpadam do czyichś światów na jakiś czas, a potem z nich wypadam.

Od jakiegoś czasu czuję, że pora wypaść z Thijsowego świata. Jakaś część mnie mówi mi, że lepiej się oddalić, póki jeszcze nie jest za późno. Ale on nie daje mi z niego wypaść. On jest zawsze dla mnie, zawsze gdy go potrzebuję. A potrzebuję go często.
On nie zostawia mnie samej, gdy rozpadam się na milion maleńkich kawałeczków. On mozolnie składa mnie z powrotem w całość. Nikt nigdy nie był dla mnie w takich momentach, nikt nigdy nie widział mnie w stanie pokawałeczkowanym. Nikt nigdy nie chciał, nikt nigdy nie spróbował.

Thijs patrzy na mnie i nie widzi żadnych blizn, żadnych skaz. Dla niego jestem dobrą dziewczyną, nawet jeśli sama w to nie wierzę. Nawet jeśli lęk, który czuję, odbiera mi w jakiś sposób zdolność do logicznego myślenia, on zawsze jest dla mnie. Zawsze gotowy do wysłuchania kolejnej porcji nielogicznych myśli, kolejnej porcji strachu i niepewności. On jest pewny.

Pewny, że to tylko chwila, która minie, a potem wrócę ja.

Kocham go i jestem tak cholernie wdzięczna, że pojawił się w moim życiu.


Gdańsk, sierpień 2016

piątek, 15 lipca 2016

I love you...

Mr. T. powiedział mi wczoraj, że mnie kocha. Trochę świruję, bo w sumie to nie wiem, czy go kocham. Jestem w nim zakochana, to na pewno. Ale czy kocham?

Mam wrażenie, że to za szybko. Bo co to tak naprawdę znaczy, kochać kogoś? Czy to nie jest po prostu wtedy, gdy się przy kimś czuje tak naprawdę dobrze? Czy da się kogoś pokochać w trzy miesiące?

Czy ja umiem jeszcze kochać?

sobota, 2 lipca 2016

Missing

Mr. T. pojechał do Belgii na festiwal. Nie ma go od środy. Mr. T. nie ma w Belgii dostępu do Internetu, więc kontakt pomiędzy Kotem a Mr. T. ogranicza się do jednego-dwóch SMS-ów dziennie. Mr. T. powiedział Kotu, że w razie czego Kot może wysyłać dowolną liczbę SMS-ów, ale Kot nie chce przeszkadzać i narzucać Mr. T. swoją obecność.

W brutalny dość sposób Kot przypomniał sobie, jak to jest tęsknić za kimś. Tak okropnie tęsknić i nie mieć co ze sobą zrobić.

Kot się obawia, że znowu będzie ZA dużo, ZA bardzo, ZA szybko, ZA...

Kot się obawia, że Mr. T. będzie miał dość i odejdzie, dołączy do zestawu wraków zwanych EX. Kot nie wie, czy chce znowu przechodzić przez cały ten ból zwany odrzuceniem. Kot boi się zaufać, mimo że Mr. T. wydaje się być wspaniałą osobą. Mr. T. wie o Kocie już tyle rzeczy i nie ocenia, nie odchodzi, nie daje rad. Przytula, dużo przytula. : )

Czy to dlatego tak łatwo jest go kochać?

Kot pobędzie jeszcze dwa dni w "pustym mieszkaniu", a potem przyjdzie wiosna. Kot jest pewny, że Mr. T. sam zaproponuje spotkanie we wtorkowy wieczór. Bo... Mr.  T. też okropnie tęskni. Kot jest przekonany. Dwa dni czekania. : )

środa, 29 czerwca 2016

High-functioning anxiety

Przeglądałam wczoraj dość bezmyślnie Internet gdy natrafiłam na ten post. Doskonale sumuje to, co czuję na co dzień. Trafia w sedno.

My, normalni nienormalni. Oczywiście nikt nas nie zamknie w psychiatryku, przecież mamy normalne życia i nie skaczemy z mostów.

What It's Like to Have 'High-Functioning' Anxiety

High-functioning anxiety looks like…

Achievement. Busyness. Perfectionism.

When it sneaks out, it transforms into nervous habits. Nail biting. Foot tapping. Running my fingers through my hair.
If you look close enough, you can see it in answered text messages. Flakiness. Nervous laughter. The panic that flashes through my eyes when a plan changes. When anything changes.

High-functioning anxiety feels like…

A snake slithering up my back, clamping its jaws shut where my shoulders meet my neck. Punch-in-the-gut stomach aches, like my body is confusing answering an email with being attacked by a lion.

High-functioning anxiety sounds like…

You’re not good enough. You’re a bad friend. You’re not good at your job. You’re wasting time. You’re a waste of time. Your boyfriend doesn’t love you. You’re so needy. What are you doing with yourself? Why would you say that? What if they hate it? Why can’t you have your shit together? You’re going to get anxious and because you’re going to get anxious, you’re going to mess everything up. You’re a fraud. Just good at faking it. You’re letting everybody down. No one here likes you.

All the while, it appears perfectly calm.

It’s always looking for the next outlet, something to channel the never-ending energy. Writing. Running. List-making. Mindless tasks (whatever keeps you busy). Doing jumping jacks in the kitchen. Dancing in the living room, pretending it’s for fun, when really it’s a choreographed routine of desperation, trying to tire out the thoughts stuck in your head.

It’s silent anxiety attacks, hidden by smiles.

It’s always being busy but also always avoiding, so important things don’t get done. It’s letting things pile up rather than admitting you’re overwhelmed or in need of help.

It’s that sharp pang of saying the wrong thing, the one that starts the cycles of thoughts. Because you said too much, and nobody cares, and it makes you never want to speak up again.

It’s going back and forth between everyone else has it together but you, and so many people have it tougher than you.

Get your act together.

Suck it up.

You’re not OK, you’re messing everything up.

You’re totally OK, stop being such a baby.

It’s waking up in the middle of the night sobbing because the worst-case-scenario that just went through your head at high speed seems so real, so vivid, that even when it’s proven to be untrue, it takes hours for your heart to slow down, to feel calm again.

Because how “OK” are you when a day without a plan is enough to make you crumble? When empty spaces make you spiral at the very anticipation of being alone with your thoughts? When you need to make a list to get through a Sunday: watch a show, clean your kitchen, exercise, answer five emails, read 10 pages, watch a show…?

It’s feeling unqualified to write this piece because I’m getting by. It’s when you’re social enough to get invited to things, but so often find yourself standing in a room where it feels like no one knows you. It’s being good at conversation and bad at making close friends because you only show up when you feel “well” enough. Only text back when you feel ready. Because you’re afraid they’d hate you if they really knew you. That the energy would overwhelm them, and you’d lose them.

So you learn to reign it in. Channel it. Even though sometimes you do everything right (exercise, sleep, one TV show, five emails, 10 pages…) and you’re still left with racing thoughts, the panic. The not good enoughs.

When will it be enough?

Having anxiety means constantly managing motion that can be productive or self-destructive, depending on how much sleep you got. Depending on the day. Depending on the Earth’s alignment with Mars. Depending on…

It’s when “living with it” means learning how to sit with it. Practicing staying in bed a little longer. Challenging the mean, unrelenting voices that say you’re only worth what you produced that day.

It means learning how to say, “I need help.” Trying to take care of yourself without the guilt. It means every once in a while, confiding in a friend. It means sometimes showing up even when you’re scared.

It’s when answering a text impulsively and thoughtlessly is an act of bravery.

It’s fighting against your own need to constantly prove your right to exist in this world.

It’s learning how to validate your own feelings. That even though you don’t feel like you’re enough, and you’ll never be enough, it’s knowing you’re at least anxious enough to benefit from help. That admitting you need it doesn’t confirm voices’ lies. That taking a break doesn’t mean you’re a failure.

It’s finding your own humanity in the anxiety, in your weaknesses. It’s trying to let the energy inspire you, instead of bring you down. It’s forgiving yourself when it wins.

It’s a way to live, with this constant companion. Your bullying twin. Collapsible luggage you can bury away at a moment’s notice. Shove it under the bed. Pretend it’s not there until you can’t fit anymore. Until you can no longer ignore it. Until you have to face it.

A first good step is staring at it straight on and calling it by its name.

High anxiety can be a natural consequence of a busy lifestyle, but its existence is akin to the chicken and the egg. Which came first, the anxiety or the busyness? Am I always moving because I’m anxious or am I anxious because I’m always moving?
Either way, it’s not a noble way to suffer. It’s not a “better” way to be anxious. Just because you’re “functioning” doesn’t always mean you’re happy. And just because you’re functioning doesn’t mean you shouldn’t slow down, breathe and take one damn second to be happy the way things are.

In this very moment.

This quiet, short moment.

To remember the peace you found in that second of silence, until the electricity starts again, and you’re forced to move.

Post oryginalnie opublikowany pod linkiem poniżej.
http://themighty.com/2016/06/living-with-high-functioning-and-hidden-anxiety/

Sama bym tego lepiej w słowa nie ubrała. 

wtorek, 14 czerwca 2016

<3

Monotematyczny Nuklearny Kot napisze znowu kolejny post o Mr. T. :3

Otóż od dzisiaj, oficjalnie jesteśmy parą. : )

czwartek, 9 czerwca 2016

Mr. T.

Moja znajomość z Mr. T. rozwija się w bardzo przyjemny sposób. Nadal się spotykamy, w przyszłym tygodniu miną dwa miesiące odkąd się znamy. Nadal nie nazywamy naszej relacji związkiem, chociaż oboje zachowujemy się jak para. Dwa tygodnie temu poznałam jego rodziców i brata, bardzo fajni ludzie.

Niby nigdzie się nie śpieszymy, ale jednak nasze uczucia rozwijają się w bardzo dynamiczny sposób. Czuję, że jestem w nim zakochana, chociaż może w takim bardziej dojrzały, trzeźwy sposób. Uwielbiam spędzać z nim czas, nawet robiąc coś zupełnie prozaicznego jak oglądanie razem filmu czy jedzenie kolacji. Jakiś czas temu przyjechał do mnie w odwiedziny, moja rodzina goszcząca bardzo go polubiła. Planujemy wspólną podróż do Polski pod koniec sierpnia. Nie wiem kiedy przedstawię go mojej mamie, to trochę skomplikowane.

Mr. T. dba o mnie. Zależy mu na mnie.
Mr. T. sprawia, że się uśmiecham.

Jestem z Mr. T. bardzo szczęśliwa. : )

Oby tak dalej!

piątek, 27 maja 2016

Wątpliwości

Nie lubię ludzi, którzy są online i nie odezwą się nawet słowem, chociaż to wcale nie boli i nie zajmuje aż tak dużo czasu.

Może to moja wina, bo jestem zbyt otwarta, zbyt transparentna, zbyt rozmowna. Może powinnam przestać być sobą i zacząć zachowywać się tak, jakby mi było wszystko jedno. Może powinnam przestać być sobą i zacząć być jak reszta świata.

Może powinnam dostosować moje oczekiwania do tej rzeczywistości, w której wszystko jest powierzchowne, tymczasowe.

Może powinnam nauczyć się być w stanie zadowolić się kimś tak trochę, nie zupełnie.

Zobaczyć, co się stanie, jeśli raz nie odezwę się pierwsza. Świat się skończy?

Albo zostawić to wszystko i wszystkich, i nie próbować już nigdy-nigdy więcej.

poniedziałek, 23 maja 2016

What if...?

Curtain rises.

Two people lying on the bed together, not really talking, just cuddling. Piano music playing from afar.

She: What if... What if this all, I mean we, what if it's all just a product of imagination or terrible mental condition of one of us? What if, emm, for instance you don't exist and I am just hallucinating or imagining this?

He: Hmmm. If I am the one who's imagining this right now then I'm just gonna go out there and find you.

She: Would you really do it?

He: Yes.

She: *looking confused*

He: *smiling*

She: This is one of the nicest things anyone has ever said to me.

Curtain falls.

środa, 18 maja 2016

I'm finally doing it right!

W niedzielę będzie moja szósta randka z Thijsem. I przez słowo "randka" rozumiem tu naprawdę randkę, spotkanie podczas którego rozmawiamy, spacerujemy trzymając się za ręce, pijemy herbatę, gramy w planszówki, przytulamy się i całujemy. Stop! Nic więcej!!!

Nie czuję euforycznej radości. Nie czuję, że mój mózg zalewany jest hektolitrami dopaminy, adrenaliny i endorfin, jak to zwykle jest w przypadku stanu zwanego zakochaniem. Lubię ten stan, chociaż jeszcze nigdy nie przyniósł mi niczego dobrego. Wybierałam ludzi niegodnych zaufania, ludzi którzy nie powinni nigdy zaistnieć w moim pogmatwanym życiu. Stan zakochania nie sprzyja podejmowaniu racjonalnych decyzji.

Co jest teraz? Czuję się podekscytowana przed każdym naszym spotkaniem. Trochę też zdenerwowana, trochę spanikowana, ale przede wszystkim radosna. Pozbywam się moich obaw gdy widzę jego twarz. Moje lęki stają się mniejsze i łatwiejsze do pokonania gdy spacerujemy gdzieś razem, a jego dłoń szuka mojej dłoni.

Znamy i spotykamy się od miesiąca i nadal jesteśmy na etapie poznawania siebie. Nadal zadajemy pytania, których nie rozwiązujemy w łóżku.

Czy to oznacza, że przeskoczę całkowicie stan zakochania? Nah, nie odebrałabym sobie tej przyjemności. Po prostu tym razem zrobię to powoli, krok po kroku, więcej myśląc niż czując, starając się trzeźwo oceniać sytuację.

Po raz pierwszy w całym moim życiu - niezależnie od tego, czy będzie z tej relacji związek czy może to wszystko się rozpadnie - czuję, że robię to wszystko w odpowiedniej kolejności.

piątek, 29 kwietnia 2016

Ciekawość

W ciągu ostatniego miesiąca byłam na kilku randkach. Zwykle pierwsza randka nigdy nie miała kolejnej. Chociaż zwykle dobrze nam się rozmawiało i spędzało razem czas, jakoś brakowało mi tego "czegoś".

W minioną sobotę spotkałam się z Thijsem, facetem poznanym oczywiście na Tinderze. Nasza pierwsza randka była bardzo przyjemna - poszliśmy razem na kolację, a potem spacerowaliśmy po Tilburgu. Na koniec poszliśmy na kawę i w pubie, który wybraliśmy, były też planszówki, więc wieczór zakończyliśmy grając w Scrabble. Było bardzo późno i mój ostatni autobus dawno już odjechał, więc T. zaproponował, że odwiezie mnie do domu. Przytuliłam go na pożegnanie i oboje stwierdziliśmy, że chcemy się jeszcze raz spotkać.

Druga randka odbyła się wczoraj i było jeszcze fajniej! : ) Spędziliśmy przyjemny wieczór rozmawiając o mniej i bardziej ważnych i poważnych sprawach. Zostałam też odwieziona do domu i przytulona na pożegnanie. Oboje spędziliśmy świetny wieczór. T. jakoś nie odważył się mnie pocałować, chociaż nie miałabym nic przeciwko temu. Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Podczas randki widziałam wyraźnie, że mu się podobam. W sumie sama czułam to samo - naprawdę przypadł mi do gustu. Nie miałam wiele do stracenia. Po tym, jak mnie przytulił, odsunęłam się od niego, spojrzałam mu w oczy i pocałowałam go w usta. I potem raz jeszcze. To był taki miły, słodki pocałunek w usta, bez kontaktu języków. :D Nie pamiętam, żeby mój pierwszy pocałunek z kimkolwiek wyglądał w ten sposób. To było w pewien sposób magiczne. Zawsze zastanawiałam się, czy to w porządku, jeśli kobieta przejmuje inicjatywę. Tak, to jest bardzo bardzo bardzo w porządku! : ) Zrobiłam dokładnie to, na co miałam ochotę. Ogromny krok do przodu. : )

Poza tym, to takie przyjemne uczucie - pocałować kogoś miłego.

Nie mogę się doczekać kolejnego spotkania. Jestem okropnie ciekawa, dokąd to wszystko zmierza. ( :

Poza tym wszystko jakoś się układa. Szukam nowej rodziny goszczącej. Chcę być aupair jeszcze jeden rok. W niedzielę jadę do Maastricht na spotkanie z jedną rodziną, która zapowiada się bardzo obiecująco. Zobaczymy.

niedziela, 27 marca 2016

O życiu tak ogólnie

Co tam u mnie słychać...

Podobno jeśli nie piszę postów na blogu, to zwykle dobry znak. Sama nie wiem, chyba to tak jednak nie działa. Po rozstaniu z Victorem trochę zamknęłam się w sobie i nie miałam nawet ochoty tutaj smęcić.

Chciałam zacząć studia, ale okazało się, że brakuje mi paru papierków i niestety będę musiała jeszcze co najmniej pół roku porobić coś innego. Nawet mi to jakoś specjalnie nie przeszkadza. Trudno.
Tylko lat wcale nie ubywa. Niedawno uświadomiłam sobie, że w tym roku skończę już 24 lata i nadal nie skończyłam studiów, nie znalazłam pracy ani męża. Nie mam nawet domu, tak de facto. Trochę się włóczę po świecie, sama nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Meh. Whatever.

Z bardziej pozytywnych rzeczy: byłam wczoraj na kawie z kolejnym jegomościem z Tindera i nie ma we mnie jakiegoś ogromnego entuzjazmu, po prostu bardzo miły chłopak. Nazwę go J. Ma prawie 26 lat, jest blondynem i ma niebieskie oczy. Jest bardzo normalny, niczym nie odbiega od normy. Przystojny, czy jak to moja znajoma powiedziała, very pleasant to look at. W sumie to fajnie nam się rozmawiało. Słuchamy podobnej muzyki. Nadal do mnie pisze, czyli chyba nawet mnie polubił. Pewnie jeszcze się spotkamy.

Co jeszcze... Odkrywam sporo ciekawej muzyki.

Jakoś tak ostatnio uświadomiłam sobie, że jest lepiej. Lepiej niż, dla przykładu, dwa czy trzy lata temu. Mogę powiedzieć, że rzadko czuję się tak naprawdę przybita, to są raczej pojedyncze dni niż jakiś przewlekły stan. Trochę raźniej patrzę w przyszłość. Czuję gdzieś tam głęboko w sobie, że będzie dobrze. Wszystko jakoś się ułoży. Myślę o tym, że za parę lat przygarnę dwa rude koty, będę mieć pracę, wynajmę mieszkanie. Może nawet się zakocham. Tak bardzo nie mogę się doczekać!

niedziela, 20 marca 2016

Trzecie urodziny bloga

Mimo że ostatnio mało co mnie nastraja pozytywnie, na pewno mogę powiedzieć, że ostatni rok był lepszy od poprzedniego. Zdecydowanie więcej było uśmiechów, pozytywnych chwil, miłych wspomnień. Zdecydowanie mniej było smutku. : ) Oby było tylko lepiej.


poniedziałek, 15 lutego 2016

Lizanie ran

Panie i panowie, uroczyście ogłaszam wszem i wobec, iż wróciłam do bycia singlem. Decyzję podjęto bez mojego udziału.

Pora zabrać się za lizanie ran.

niedziela, 7 lutego 2016

Me and my soon-to-be ex-boyfriend

Od czego by tu zacząć...
Jeśli nie wiadomo, od czego zacząć, najlepiej zacząć od łóżka. Nie polecam zatem chodzenia z facetem do łóżka na trzeciej randce, nieważne jak bardzo elektryzująca jest wasza znajomość z nim, nieważne jak bardzo was kręci i nieważne, jak sobie to usprawiedliwiacie. Nie róbcie tego. Nawet, jeśli powiecie sobie, że stawiacie tym razem na dobrą zabawę - nie idźcie z nim do łóżka na trzeciej randce. Poczekajcie do najmniej do piątej, siódmej albo jedenastej (wstaw dowolną liczbę pierwszą większą od 3).
Bo prawda jest taka, że serce kobiety leży w jej waginie.
Dostaniecie więc (w najlepszym wypadku, oczywiście) "mind blowing" seks, po którym zaczniecie planować wspólną przyszłość i negocjować z nim w swojej własnej głowie, jak nazwać wasze przyszłe potomstwo. Tak jest. Seks ogłupia.
Jestem idiotką, bo przerabiałam to już nie raz i nie wyciągnęłam z tego żadnej nauki.

Po tym przydługim wstępie przejdę do rzeczy.
V. ma mnie gdzieś. Od jakiegoś czasu w ogóle się do mnie nie odzywa. Wczoraj nie napisał do mnie ani jednej wiadomości, o rozmowie już nawet nie wspomnę. Tłumaczył się nawałem pracy, ale jakoś trudno mi w to uwierzyć. Coś się zepsuło, ale naprawdę nie wiem, co. Co zrobiłam? Czego nie zrobiłam? Mam w głowie mętlik.

Jestem smutna i zraniona. Do tego dochodzi bezcelowy pobyt w zimnej, brudnej Łodzi. Samotny, smutny pobyt. Dla pociechy chodzę po sklepach i wydaję pieniądze na rzeczy, których nawet nie do końca potrzebuję.
Na powierzchni trzyma mnie P., który cierpliwie wysłuchuje skargi i ubolewania zranionego kota.

Czuję, że znowu trudno będzie zaufać komukolwiek.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Kot w Lizbonie

Lizbona jest przepiękna. Uwielbiam całym sercem.
Było ciepło, słonecznie. Idealna odskocznia w środku zimy.

Kot był bardzo-bardzo socjalny, poznał sporo ciekawych ludzi, spędził miło czas.
Wypił więcej piwa niż przez cały ostatni rok. Piwa z colą. Po jednym wieczorze barmani w hostelu wiedzieli dokładnie, co sprawia mi radość. ^^

Life goes on. Chyba się poddałam w związku ze studiami. Czuję ulgę.
Pojadę na sesję, ale potraktuję to raczej jako dodatkowe wakacje w Łodzi. Nie wiem jeszcze, co można robić w Łodzi, ale w czwartek się dowiem. Pójdę na egzaminy, ale nie mam ochoty jakoś specjalnie się do nich przygotowywać. Zdam, to zdam. Nie zdam... to nawet lepiej.

Zawsze "hejciłam" ludzi, którzy próbują nagiąć system wyłudzając świadczenia. Chodzą do szkoły tylko po to, by dostawać rentę rodzinną czy inne profity. A sama teraz czuję, że robię dokładnie to samo unikając odpowiedzialności za moje studia. W sumie to nie oszukujmy się. Papierek z tego pseudo-uniwerku nie jest warty nakładu pracy, jakiego wymaga jego zdobycie. Na dziennych studiach było pod tym względem o niebo łatwiej...

A tymczasem trochę zdjęć z Lizbony! : )



czwartek, 21 stycznia 2016

Trudny dzień

Miałam dzisiaj trudny dzień.

Znowu zalegam ze studiami. Znowu jestem okropnie w tyle.
I zamiast nadrabiać zaległości, obijam się. Lecę do Lizbony. I takie tam.

Przyleciała do mnie mama, ale jakoś nie klei nam się wspólne spędzanie czasu. W sumie to czekam już na jej wyjazd, co nastąpi w piątek. Czy to sprawia, że jestem kiepską córką? Tak.
Nie pasuję do mojej rodziny.

W związku z zaległościami na uczelni, wpadłam dzisiaj w zwątpienie i wróciły do mnie grudniowe lęki. Że nie zdam. Że się nie wyrobię. Że się nie nadaję. Że mnie wyrzucą.
Powiedziałam o tym P., bo akurat z nim w tamtym momencie pisałam. Okazał się bardzo wspierający. Ani przez chwilę nie miałam wrażenia, że mnie ocenia. Zaoferował, że przyjedzie do mnie jutro i będziemy się razem uczyć, ale jakoś dziwnie mi z tym pomysłem, więc odmówiłam.
Z kolei V. okazał się mało wspierający. Powiedział mi, że tak to jest, jeśli się obija, a potem ma się nadzieję, że wszystko samo się zrobi. Wiedział, że czuję się kiepsko przez tę całą sytuację ze studiami, ale mimo to jakoś nie przyszło mu do głowy, żeby mnie po prostu wesprzeć. Meh.

Kto jest lepszy? Facet, który wie, czego chce (V.), miły i szarmancki, przystojny, ale mało wspierający, czy może ten niezdecydowany, wycofany facet (P.), który zrobiłby wszystko, żeby okazać wsparcie i pomoc? Czy ja w ogóle chcę być szczęśliwa?

Trudne sprawy...

wtorek, 19 stycznia 2016

Me and my soon-to-be boyfriend

Po pierwszej randce nastąpiła druga.

W piątek nastąpi trzecia. U niego. Mam zostać na noc, bo w sobotę tak czy siak muszę być rano w Eindhoven, żeby złapać samolot do Lizbony. V. mieszka 5 minut od lotniska, więc zaoferował, że mnie odwiezie. Wieczorem mamy oglądać Minionki.

Ale to całe nocowanie u niego... Czy to mnie do czegoś zobowiązuje? Zawsze mam ten dylemat. Czy pójście z facetem do łóżka na trzeciej randce oznacza, że jest się slutty? Tak sobie tłumaczę, że jest się slutty, gdy się to robi notorycznie - umawia się z facetami tylko po to, żeby zaciągnąć ich do łóżka na trzeciej randce (albo na pierwszej lub drugiej). Ja tego nie robię. W sumie chodzę na randki średnio raz na pół roku, więc notoryczne zaciąganie kogoś do łóżka jest raczej mało możliwe.

Bo jeśli oboje czujemy, że nasza znajomość śmiało zmierza w stronę czegoś, co nazwać można związkiem, oboje czujemy tę niezwykle silną chemię, to dlaczego mielibyśmy na coś czekać?

PS Na horyzoncie pojawili się znienacka również P. (kolega z USA, którego próbowałam poderwać kilka miesięcy temu) oraz Q. (facet, którego nigdy w życiu nie widziałam na oczy, ale kiedyś do mnie pisał na Facebooku i teraz jakoś znowu zaczął). Oboje zainteresowani rozwijaniem naszych znajomości w jednym, konkretnym kierunku. Oboje wiedzą, że się z kimś spotykam, bo jestem jak zawsze transparentna. Czemu zawsze tak jest, że gdy już się z kimś spotykam i jestem niejako "zajęta" (bo nie uznaję randkowania z kilkoma facetami na raz), to nagle wszystkim się przypomina, że w sumie to jestem ładna, interesująca, miła i cudowna? Halo, gdzie byliście przez kilka ostatnich miesięcy, gdy byłam tak okropnie samotna? Huh..? Zapraszacie mnie teraz na kawę i do kina, ale ja już chwilowo nie szukam rycerza w lśniącej zbroi. Mam już jednego.

PS 2 Odkąd V. pojawił się w moim życiu, chyba ani przez chwilę nie pomyślałam o tym, że czuję się samotna. Nie czuję się też euforycznie, co zwykle było częścią zauroczenia i jednocześnie bardzo szybko gasło. To uczucie, które mam, to taka sobie radość - że ktoś jest i że chce być. I że ja chcę, żeby był. To mnie cieszy. : )

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Jak pogrzebać czarne myśli?

Udało mi się wyjść w czwartek do kina, z nieznanym jegomościem z Tindera.
Tak, wiem. Poznawanie ludzi na Tinderze jest gorsze nawet niż randkowanie przez Sympatię.

Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy w ogóle będę w stanie wyjść z domu tamtego wieczoru. Czułam się okropnie. Każda komórka w moim mózgu mówiła mi "odwołaj to, zostań w domu. NIE JEDŹ!!!". Nie byłam w stanie jeść. Kilka razy czułam się tak źle, że szłam do toalety z myślą, że zaraz zwymiotuję. Trzęsły mi się ręce. Nie byłam w stanie na niczym się skupić przez cały dzień.

Czy wychodzenie z domu powinno być aż taką męką?

Na dwie godziny przed wyjściem postanowiłam wziąć ciepły prysznic i spróbować trochę się wyluzować. Gdy suszyłam włosy, mój lęk powoli zaczął zamieniać się w jakąś namiastkę radości. Gdy zeszłam na dół i wsiadłam do auta, poczułam ulgę.

Droga do Tilburga, mimo że bardzo krótka, trwała dla mnie wieczność. W radiu grali Racoon, ich utwór "Love you more". To też pomogło mi trochę wyciszyć lęki. Zaparkowałam na parkingu podziemnym, relatywnie blisko wejścia do kina. Ruszyłam w stronę schodów. Czułam, że cała drżę i w oddycham "na pół gwizdka" (to znaczy, że nie biorę pełnych wdechów i po jakimś czasie zaczyna mi brakować tlenu). Skoncentrowałam się więc na oddychaniu. Poczułam się lepiej.

Wolnym krokiem podeszłam pod wejście do kawiarni, pod którą mieliśmy się spotkać. Nikogo tam nie było, ale zegar wskazywał 18:50, więc miałam jeszcze trochę czasu. Zaczęłam spacerować bez celu dookoła dużego stojaka z plakatami. Nadal myślałam tylko o oddychaniu, po chwili zapomniałam gdzie się znajduję i zatopiłam się w myślach.

I wtedy go zobaczyłam.

On też mnie dostrzegł i szedł już w moją stronę. Miałam ochotę uciekać.
Mój towarzysz jest NAPRAWDĘ wysoki (195 cm przy moich 170 cm...), ma brązowe włosy i miłą twarz. Jest o niebo przystojniejszy, niż na tinderowych fotkach. Ma na imię Victor, ma 27 lat i jest programistą. Mieszka w Eindhoven, pochodzi z 's-Hertogenbosch, a pracuje w Nijmegen. Kilka lat temu został zdiagnozowany z PDD-NOS, co ułatwiło mu znacząco codzienne funkcjonowanie, umożliwiło uczęszczanie na treningi i terapię, pozwoliło mu lepiej zrozumieć siebie. Na pierwszy (czy nawet drugi lub trzeci) rzut oka, nigdy nie powiedziałabym, że ten facet jest ze spektrum autyzmu.

Podszedł do mnie, powiedział "hi" i tak po prostu mnie uścisnął. Nie pamiętam, co wtedy udało mi się wydukać w jego stronę. Czas jakby przestał istnieć na chwilę.

Poszliśmy do kawiarni, gdzie wypiliśmy kawę i pogadaliśmy chwilę. Po jakimś czasie przestałam myśleć o tym, że chcę uciec i przestałam się jąkać. Nadal czułam się nerwowo, ale widziałam, że on też jest zestresowany, co mi w pewien sposób pomogło.

W kinie było fajnie, chociaż widziałam "Star Wars: The Force Awakens" już drugi raz.

Po filmie siedzieliśmy jeszcze kilka godzin w samochodzie, gadając i śmiejąc się. Czułam się jak ja.

Zostałam pocałowana na pożegnanie. :D

Polubiłam go i wygląda na to, że on polubił mnie, bo cały czas ze sobą piszemy. Powiedziałam mu wcześniej o moich problemach w kontaktach z ludźmi, których nie znam i odczułam wyraźnie, że przez całe nasze spotkanie starał się mi to jakoś ułatwić. Nie pytał mnie, dlaczego trzęsą mi ręce i nie mogę wyartykułować zdania.

W środę mamy spotkać się po raz kolejny. To mnie jednocześnie cieszy i sprawia, że znowu czuję ten nieprzyjemny ucisk gdzieś w żołądku. Mam tylko nadzieję, że wyjście z domu nie będzie już taką męką.

Chowam czarne myśli gdzieś głęboko w sobie, nie pozwalam im wypełzać. Bo w końcu przecież musi być dobrze. Znajomość, która zaczęła się od tak ogromnego zwycięstwa nad lękiem, nie może przecież okazać się niczym negatywnym, prawda? Znajdę więc małe pudełeczko i upchnę w nie wszystkie moje czarne myśli. A potem zakopię to pudełeczko gdzieś głęboko, najlepiej tak głęboko i dokładnie, żeby go już nigdy nie odnaleźć.

środa, 6 stycznia 2016

Wyjścia

Odwołuję wszystko, co tylko da się odwołać.
Wyjście na lodowisko - odwołane.
Wyjście na kawę - odwołane.
Wyjście na kręgle - do odwołania.
Wyjście gdziekolwiek - niemożliwe, nieosiągalne.

Ludzie przychodzą, ale ja nie wychodzę. Ludzie próbują, a potem się zniechęcają.
Ludzie odchodzą, znikają i "uporczywie ich nie ma".
Jak mogę kogoś poznać, jeśli nigdzie nie wychodzę?

Na samą myśl o wyjściu gdziekolwiek, o spotkaniu kogokolwiek, wnętrzności wywracają mi się do góry nogami i chce mi się wymiotować. Dosłownie. To takie uczucie, jakby ktoś wlał mi do żołądka kubeł lodowatej wody. Nie mogę jeść, nie mogę oddychać, nie mogę nawet myśleć.
Gdy planuję jakieś wyjście, czuję autentyczną ekscytację, radość. Wierzę, że tym razem się uda. Naprawdę w to wierzę! A potem wyłazi cały ten chłód, zalewa mnie od środka i mam ochotę schować się w szafie i już z niej nie wyjść. Przeczekać najgorsze, a potem wleźć pod kołdrę, przykryć się nią po same uszy, wtulić się w siebie i przestać na chwilę istnieć.

Kilka dni temu moja rodzina goszcząca miała gości. Małżeństwo z dwojgiem dzieci.
To była sobota, teoretycznie mam wolne, więc mogę robić to, na co mam ochotę. Ale przyzwoitość nakazuje chociaż taki mały gest, jak zejście na dół, przywitanie się, przedstawienie. Jakąś pogawędkę. Nikt w końcu nie zmusza mnie do siedzenia tam z nimi cały dzień. Dlaczego więc nie byłam w stanie wykonać nawet tego malutkiego gestu? Czemu tak się bałam? Czemu udawałam, że nie istnieję? Czemu strach zabił we mnie inne potrzeby - chociażby głód? Nie zeszłam na śniadanie, bałam się zejść na lunch. Gdy już upewniłam się, że gości na 100% nie ma, zeszłam na kolację. Moja rodzina goszcząca nie zadawała żadnych pytań i jestem im za to wdzięczna, ale pewnie myślą, że mam nierówno pod sufitem. W sumie też tak uważam.

Obecność dzieci mnie uspokaja, jakoś odzyskuję przy nich kontrolę nad swoim życiem. Chyba tylko przy nich mogę być sobą i wiem, że mnie za to nie ocenią, nie potępią, nie spróbują mnie zmienić w kogoś, kim nie jestem.

Obiecuję sobie, że nie odwołam jutrzejszego wyjścia do kina. Naprawdę w to wierzę.
Trzymajcie kciuki, będą mi jutro potrzebne.

PS Wszystkiego najlepszego, AJ. Niech moc będzie z Tobą. : )