- Jestem w tobie zakochany.
- Czemu to mówisz?
- Bo to nigdy nie zostało powiedziane. A wiesz, dlaczego?
- Czemu?
- Bo jesteś niezwykła.
<3
poniedziałek, 16 grudnia 2013
niedziela, 8 grudnia 2013
Rewolucje, powstania, przewroty
Od jakiegoś czasu mam nieodparte wrażenie, że w moim życiu szykuje się jakiś przełom. Nawet chyba wiem jaki! PRZEŁOM UCZUCIOWY! Mam wrażenie, że jestem zakochana. Albo co najmniej mocno zauroczona. To uczucie jest dla mnie tak nowe, tak obce, jakbym była zakochana pierwszy raz w życiu. A przecież czułam to już nie raz.
W każdym razie... To jest takie cholernie przyjemne, że mam ochotę się rozpłakać. Ale tak pozytywnie rozpłakać. Wreszcie nie jest tak, że oddycham wyłącznie z przyzwyczajenia. Teraz oddycham i czuję powietrze w płucach. Czuję... Jego przyjemną obecność, jego ciepło.
Jest zajebiście. Pozdrawiam.
***
Przy okazji: STO LAT, MARYLA! (:
W każdym razie... To jest takie cholernie przyjemne, że mam ochotę się rozpłakać. Ale tak pozytywnie rozpłakać. Wreszcie nie jest tak, że oddycham wyłącznie z przyzwyczajenia. Teraz oddycham i czuję powietrze w płucach. Czuję... Jego przyjemną obecność, jego ciepło.
Jest zajebiście. Pozdrawiam.
***
Przy okazji: STO LAT, MARYLA! (:
poniedziałek, 2 grudnia 2013
And I hope somewhere you hear me still...
Uwielbiam tekst tej piosenki - każde słowo z osobna. Uwielbiam tę muzykę - każdy dźwięk z osobna.
Uwielbiam sposób, w jaki się to ze sobą łączy.
And I hope somewhere you hear me still
Wherever you are, whatever you feel
And I hope somewhere you hear me still...
Uwielbiam sposób, w jaki się to ze sobą łączy.
And I hope somewhere you hear me still
Wherever you are, whatever you feel
And I hope somewhere you hear me still...
wtorek, 26 listopada 2013
On
Wyszedł z domu prosto w noc. Przywitała go swoim chłodnym ciepłem, objęła delikatnie i złożyła na jego ustach cichy pocałunek. Noc była bezgłośna. Nie chciała niszczyć potęgi ciszy. Poruszała się bezgłośnym, wolnym tempem, lewitując kilka centymetrów nad gruntem, nie dotykając niczego. Pocałowawszy go delikatnie, odleciała w otchłań.
Zaczęło świtać. Mężczyzna przetarł oczy – nie było mu dane oglądać widoku brzasku od wielu lat. Usiadł na trawie i zaczął nieśmiało patrzeć na wschodzące słońce – symbol jego powrotu. Było piękne: okrągłe, kształtne, w kolorze dojrzałej pomarańczy. Oświetlało drzewa, domy i wszystko wokół nich. Jego promienie odbijały się od kropel porannej rosy, leżącej na źdźbłach zielonej trawy. Mężczyzna rozejrzał się dookoła i poczuł nagły ucisk w sercu. Wróciły do niego wspomnienia – ciepłe, wakacyjne dni, a w nich ona – śmiejąca się i machająca radośnie w jego stronę. Później jesienne dni, podczas których czuł tylko jej słabnący oddech. I zimowy poranek, gdy zobaczył ją po raz ostatni. A teraz? Nie umiał nawet powiedzieć, jaka jest pora roku. Wczesna jesień? A może późna wiosna? Przez ten cały czas jego skóra zdążyła już nieco zblednąć, a oczy – stracić swój dawny blask.
Ale on tu wrócił, on istnieje i będzie istniał. On odżyje. Odłożywszy na bok wspomnienia, mężczyzna wstał i zdecydowanym krokiem ruszył przed siebie, w stronę słońca.
_____
"So could we go to where no-one ever leaves you laying?
Could we head for some place, where everything happens for a reason?"
Zaczęło świtać. Mężczyzna przetarł oczy – nie było mu dane oglądać widoku brzasku od wielu lat. Usiadł na trawie i zaczął nieśmiało patrzeć na wschodzące słońce – symbol jego powrotu. Było piękne: okrągłe, kształtne, w kolorze dojrzałej pomarańczy. Oświetlało drzewa, domy i wszystko wokół nich. Jego promienie odbijały się od kropel porannej rosy, leżącej na źdźbłach zielonej trawy. Mężczyzna rozejrzał się dookoła i poczuł nagły ucisk w sercu. Wróciły do niego wspomnienia – ciepłe, wakacyjne dni, a w nich ona – śmiejąca się i machająca radośnie w jego stronę. Później jesienne dni, podczas których czuł tylko jej słabnący oddech. I zimowy poranek, gdy zobaczył ją po raz ostatni. A teraz? Nie umiał nawet powiedzieć, jaka jest pora roku. Wczesna jesień? A może późna wiosna? Przez ten cały czas jego skóra zdążyła już nieco zblednąć, a oczy – stracić swój dawny blask.
Ale on tu wrócił, on istnieje i będzie istniał. On odżyje. Odłożywszy na bok wspomnienia, mężczyzna wstał i zdecydowanym krokiem ruszył przed siebie, w stronę słońca.
_____
"So could we go to where no-one ever leaves you laying?
Could we head for some place, where everything happens for a reason?"
niedziela, 10 listopada 2013
sobota, 21 września 2013
Wojna nuklearna
Od zawsze miałam dziwne sny. Często śniły mi się okropne rzeczy - musiałam przed kimś uciekać, chować się, ktoś do mnie strzelał. Czasami zdarzało się, że umierałam w snach - trafiona kulą, przeszyta strzałą. Raz śniło mi się, że tonę - umierałam z płucami pełnymi wody. Pamiętam wszystkie myśli, jakie temu towarzyszyły. Pamiętam ból, strach, smutek. Pamiętam moment, w którym to wszystko się urywało - strach mijał, po ciele rozchodziło się jakieś nieznane ciepło, nie czułam bólu. Nie czułam nic. Nie czułam siebie.
Nie żyłam.
Nigdy nie udało mi się zobaczyć, co jest po śmierci. Zawsze się wybudzałam, lęk przejmował nade mną kontrolę. I przebudzenia były okropne - czasami strach był na tyle duży, że nie byłam w stanie wyjąć ręki spod kołdry, żeby zapalić światło. Nie umiałam otworzyć oczu. Męczyłam się tak przez kilkanaście minut, a potem, nieświadoma niczego, zasypiałam. I znowu śniłam.
Z ostatnich kilku, może kilkunastu lat, nie pamiętam ani jednego pozytywnego snu. Mam smutek w podświadomości. Chyba nawet sama go nieświadomie szukam. Pamiętam jeden sen, z czasów, gdy byłam bardzo mała - miałam może osiem, dziewięć lat. Śniło mi się wtedy, że latam. Latałam nad ziemią, unosiłam się w pokoju, odpychałam się nogami od podłogi i w następnej chwili byłam pod sufitem. To był najprzyjemniejszy sen w moim życiu. Nie czułam w zasadzie niczego szczególnego - ot, dużą dozę odprężenia, żadnego nacisku z żadnej strony. Małe, wolne, swobodne ciało, unoszące się gdzieś w powietrzu, odgarniające powietrze wątłymi ramionami.
Od jakiegoś roku często śni mi się koniec świata. Nie apokalipsa, nie zagłada, nie słyszę w tych snach żadnych trąb, nie widzę w nich aniołów śmierci. Śni mi się po prostu, że jestem gdzieś - zwykle są to miejsca fikcyjne - i nagle widzę wybuch bomby na horyzoncie. Pojawia się nuklearny grzyb, widzę nadchodzącą śmierć. Czuję, co zaraz nastąpi. Czuję, że zaraz umrę. Że wszyscy umrą i już nic się nie da zrobić. To trwa zaledwie kilka, kilkanaście sekund. Czekam na śmierć, na nadchodzącą siłę wybuchu, na uderzenie. I ono nadchodzi, konam, a później się budzę.
Pierwszy taki sen pojawił się niedługo po odejściu M. Śniło mi się, że byłam w mojej miejscowości, stałam przed jednym ze sklepów. Zadzwonił telefon, odebrałam. Tak, to był on. Mówił, żebym się nie martwiła, że niedługo wróci i wszystko będzie poukładane. Tak, po-uk-ła-da-ne. Wiedziałam, że M. jest w jakimś niebezpiecznym miejscu. Czułam, że coś mu się może stać. Jego głos zagłuszały krzyki protestujących ludzi. Poprosiłam go, żeby jak najszybciej wracał. Nagle po drugiej stronie słuchawki zapadła martwa cisza. Spojrzałam przed siebie. Na horyzoncie zobaczyłam ogromny wybuch i unoszący się w powietrze atomowy grzyb. Zaczęłam krzyczeć do słuchawki, ale wiedziałam, że już za późno. Wiedziałam, że on zginął. I wiedziałam, że zaraz ja również zginę. Wbiegłam do sklepu, była w nim jakaś kobieta (w snach zwykle nie identyfikuję twarzy, ewentualnie tylko głosy, zapachy). Podbiegłam do niej i powiedziałam "zaraz umrzemy". Złapała mnie za rękę. Chwilę później usłyszałam głośny łomot, runęły na nas ściany sklepu. Zdążyłam jeszcze poczuć ból oraz ciepło rozchodzące się po całym moim ciele.
Te sny ciągle wracają. Zmienia się sceneria, jeden sen nie występuje dwa razy. Zawsze na końcu umieram.
Piszę o tym, bo wczoraj znów miałam taki sen. Moja współlokatorka wyjechała na weekend i jestem tu zupełnie sama. Boję się położyć spać. Nie chcę znów umierać. Nie chcę czuć tego wszystkiego. Nie chcę się potem budzić.
Naaaah.
Nie żyłam.
Nigdy nie udało mi się zobaczyć, co jest po śmierci. Zawsze się wybudzałam, lęk przejmował nade mną kontrolę. I przebudzenia były okropne - czasami strach był na tyle duży, że nie byłam w stanie wyjąć ręki spod kołdry, żeby zapalić światło. Nie umiałam otworzyć oczu. Męczyłam się tak przez kilkanaście minut, a potem, nieświadoma niczego, zasypiałam. I znowu śniłam.
Z ostatnich kilku, może kilkunastu lat, nie pamiętam ani jednego pozytywnego snu. Mam smutek w podświadomości. Chyba nawet sama go nieświadomie szukam. Pamiętam jeden sen, z czasów, gdy byłam bardzo mała - miałam może osiem, dziewięć lat. Śniło mi się wtedy, że latam. Latałam nad ziemią, unosiłam się w pokoju, odpychałam się nogami od podłogi i w następnej chwili byłam pod sufitem. To był najprzyjemniejszy sen w moim życiu. Nie czułam w zasadzie niczego szczególnego - ot, dużą dozę odprężenia, żadnego nacisku z żadnej strony. Małe, wolne, swobodne ciało, unoszące się gdzieś w powietrzu, odgarniające powietrze wątłymi ramionami.
Od jakiegoś roku często śni mi się koniec świata. Nie apokalipsa, nie zagłada, nie słyszę w tych snach żadnych trąb, nie widzę w nich aniołów śmierci. Śni mi się po prostu, że jestem gdzieś - zwykle są to miejsca fikcyjne - i nagle widzę wybuch bomby na horyzoncie. Pojawia się nuklearny grzyb, widzę nadchodzącą śmierć. Czuję, co zaraz nastąpi. Czuję, że zaraz umrę. Że wszyscy umrą i już nic się nie da zrobić. To trwa zaledwie kilka, kilkanaście sekund. Czekam na śmierć, na nadchodzącą siłę wybuchu, na uderzenie. I ono nadchodzi, konam, a później się budzę.
Pierwszy taki sen pojawił się niedługo po odejściu M. Śniło mi się, że byłam w mojej miejscowości, stałam przed jednym ze sklepów. Zadzwonił telefon, odebrałam. Tak, to był on. Mówił, żebym się nie martwiła, że niedługo wróci i wszystko będzie poukładane. Tak, po-uk-ła-da-ne. Wiedziałam, że M. jest w jakimś niebezpiecznym miejscu. Czułam, że coś mu się może stać. Jego głos zagłuszały krzyki protestujących ludzi. Poprosiłam go, żeby jak najszybciej wracał. Nagle po drugiej stronie słuchawki zapadła martwa cisza. Spojrzałam przed siebie. Na horyzoncie zobaczyłam ogromny wybuch i unoszący się w powietrze atomowy grzyb. Zaczęłam krzyczeć do słuchawki, ale wiedziałam, że już za późno. Wiedziałam, że on zginął. I wiedziałam, że zaraz ja również zginę. Wbiegłam do sklepu, była w nim jakaś kobieta (w snach zwykle nie identyfikuję twarzy, ewentualnie tylko głosy, zapachy). Podbiegłam do niej i powiedziałam "zaraz umrzemy". Złapała mnie za rękę. Chwilę później usłyszałam głośny łomot, runęły na nas ściany sklepu. Zdążyłam jeszcze poczuć ból oraz ciepło rozchodzące się po całym moim ciele.
Te sny ciągle wracają. Zmienia się sceneria, jeden sen nie występuje dwa razy. Zawsze na końcu umieram.
Piszę o tym, bo wczoraj znów miałam taki sen. Moja współlokatorka wyjechała na weekend i jestem tu zupełnie sama. Boję się położyć spać. Nie chcę znów umierać. Nie chcę czuć tego wszystkiego. Nie chcę się potem budzić.
Naaaah.
czwartek, 29 sierpnia 2013
Zmęczone myśli
Leżę w łóżku. W pokoju panuje półmrok, przez otwarte okno wpada odrobina światła ulicznej latarni. Widzę na ścianie zarys ramy obrazu, który wisi tu od lat. Obok obrazu pusty gwóźdź, do niedawna wisiał w tym miejscu kalendarz. Ale minął rok, nie zdążyłam jeszcze zawiesić kolejnego. I już chyba nie zdążę. Kołdra pachnie płynem do prania, poduszka wchłonęła zapach mojego szamponu do włosów. Materac łóżka jest przyjemnie miękki, lubię na nim zasypiać.
Zamykam oczy. Świat się oddala, zamiera, łagodnieje. Zatapiam się w przyjemnym odrętwieniu. Mijają minuty, ale nie czuję ich. Sen nadejdzie, jeśli nie skupię uwagi, jeśli pozwolę myślom swobodnie płynąć, zataczać kręgi, nie zatrzymywać się przy niczym.
Nie wyszło.
Otwieram oczy, obraz nadal wisi na ścianie, ale jest jakby oddalony. Świat jest dziwnie mały, miniaturowy. Wyciągam przed siebie dłoń. Jest nieznośnie odległa, daleka, mała. Świat składa się z drobinek kurzu i wspomnień. Układa się z nich cała materia. Przestałam być jej częścią? Kiedy to się stało? Czy świat naprawdę jest tak odległy? Co zrobię, jeśli to nie minie? Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. Zamykam bezwiednie oczy.
Zasypiam.
Zamykam oczy. Świat się oddala, zamiera, łagodnieje. Zatapiam się w przyjemnym odrętwieniu. Mijają minuty, ale nie czuję ich. Sen nadejdzie, jeśli nie skupię uwagi, jeśli pozwolę myślom swobodnie płynąć, zataczać kręgi, nie zatrzymywać się przy niczym.
Nie wyszło.
Otwieram oczy, obraz nadal wisi na ścianie, ale jest jakby oddalony. Świat jest dziwnie mały, miniaturowy. Wyciągam przed siebie dłoń. Jest nieznośnie odległa, daleka, mała. Świat składa się z drobinek kurzu i wspomnień. Układa się z nich cała materia. Przestałam być jej częścią? Kiedy to się stało? Czy świat naprawdę jest tak odległy? Co zrobię, jeśli to nie minie? Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. Zamykam bezwiednie oczy.
Zasypiam.
czwartek, 15 sierpnia 2013
Znikanie
Przygarbiony człowiek siedział przy stole, rozmyślając. Obok jego prawego ramienia stała naftowa lampka. Rzucała migotliwe światło na jego twarz. W pomieszczeniu było zupełnie ciemno, lampka była jedynym źródłem światła. Jedyne w tym pokoju okno ktoś szczelnie zasłonił starym kocem, przybijając go w wielu miejscach gwoździami do ściany. Naftowa lampka nie tworzyła półmroku, była tylko jednym, dość jasnym punktem, tak jakby jej blask nie był w stanie przebić się przez gęste powietrze w pokoju. To cisza tak zagęszcza eter, sprawia, że oddychanie staje się męką. I było. Dlatego przygarbiony człowiek starał się nie oddychać - wciągał powietrze dopiero w momencie, gdy w płucach czuł ból. Siedział tak już piąty dzień z kolei - nie jedząc, nie pijąc, oddychając tylko czasami. W pokoju ciągle było ciemno, światło słoneczne nawet za dnia nie było w stanie przebić się przez gruby koc. Przygarbiony człowiek czuł, że niedługo skończy się jego bezkarne siedzenie połączone z łapaniem powietrza. Wiedział lepiej niż ktokolwiek inny, że w niedługim czasie skończy się nafta w lampce. Będzie wówczas zmuszony wstać, wyjść z domu i kupić nowy zapas. Tym razem na dni osiem.
Niespodziewanie przygarbiony człowiek wyprostował się na krześle. Zdjął ręce ze stołu, zawisły na pozór bezwładnie u jego boków. Wyprostowany człowiek wziął do ręki długopis, przysunął się bliżej stołu, wyrwał kartkę z grubego brulionu i zaczął pisać: Osiem butelek nafty. Następnie odwrócił kartkę i napisał: Jebać narratora.
I ja, narrator, zostałem wyjebany z opowieści przez wyprostowanego człowieka. Nikt nie lubi być podglądany, więc wcale mu się nie dziwię. Poza tym, to musi być frustrujące - ktoś opisuje każdy twój ruch, każdy krok, a nawet to, że zasłoniłeś okno kocem i wbiłeś gwoździe w ścianę. No i mamy XXI wiek, a narrator bezczelnie zdradza, że używasz lampy naftowej. Wiem, że mnie słyszysz, więc powiem ci coś, wyprostowany człowieczku. To, że wyłączysz iPhone'a, usuniesz konto na Facebooku i zasłonisz okno kocem nie sprawi wcale, że znikniesz. Chociaż tak bardzo tego chcesz.
Niespodziewanie przygarbiony człowiek wyprostował się na krześle. Zdjął ręce ze stołu, zawisły na pozór bezwładnie u jego boków. Wyprostowany człowiek wziął do ręki długopis, przysunął się bliżej stołu, wyrwał kartkę z grubego brulionu i zaczął pisać: Osiem butelek nafty. Następnie odwrócił kartkę i napisał: Jebać narratora.
I ja, narrator, zostałem wyjebany z opowieści przez wyprostowanego człowieka. Nikt nie lubi być podglądany, więc wcale mu się nie dziwię. Poza tym, to musi być frustrujące - ktoś opisuje każdy twój ruch, każdy krok, a nawet to, że zasłoniłeś okno kocem i wbiłeś gwoździe w ścianę. No i mamy XXI wiek, a narrator bezczelnie zdradza, że używasz lampy naftowej. Wiem, że mnie słyszysz, więc powiem ci coś, wyprostowany człowieczku. To, że wyłączysz iPhone'a, usuniesz konto na Facebooku i zasłonisz okno kocem nie sprawi wcale, że znikniesz. Chociaż tak bardzo tego chcesz.
czwartek, 1 sierpnia 2013
Ja żyję!
Wróciłam niedawno z dwutygodniowego pobytu na obozie. Obawiałam się tego wyjazdu, gdzieś w sobie czułam, że coś może się nie udać, ale okazało się, że wszystko poszło bardzo dobrze. Miałam wspaniałą grupę, z którą znalazłam wspólny język. Oczywiście zdarzały się również sytuacje, w których było ciężko - zwykle były to konflikty pomiędzy chłopcami. Dało się je rozwiązać metodą prób i błędów. Zdałam się na moją intuicję oraz wcześniejsze doświadczenia i okazało się, że to było najlepsze, co mogłam zrobić. Praca z dziećmi wyzwoliła ze mnie masę uśpionej kreatywności, a dodatkowo dała to, czego szukałam od dawna - poczucie bycia potrzebnym.
Długo mogłabym opisywać, co i jak, ale chyba nie ma sensu. Wiem na pewno, że dzięki temu wyjazdowi dotarło do mnie, jak bardzo lubię pracę z dziećmi. To mnie cieszy i daje satysfakcję. Przy okazji wiem, że moje kierunki studiów to słuszny wybór. Tak że póki co na plus.
Długo mogłabym opisywać, co i jak, ale chyba nie ma sensu. Wiem na pewno, że dzięki temu wyjazdowi dotarło do mnie, jak bardzo lubię pracę z dziećmi. To mnie cieszy i daje satysfakcję. Przy okazji wiem, że moje kierunki studiów to słuszny wybór. Tak że póki co na plus.
środa, 3 lipca 2013
Nie ma mnie tu
Śmierć duszy to bardzo dobry powód dla odrodzenia.
niedziela, 23 czerwca 2013
Powrót do domu
Został jeszcze tydzień na Pomorzu, a potem wracam na wakacje do domu.
Nie wiem, skąd się to uczucie bierze, ale gdzieś wewnątrz siebie czuję, że nie chcę tam wracać. Mimo że wiem, że wracam tylko na dwa miesiące i to nawet nie całe - przecież w połowie lipca jadę na obóz, potem przez cały sierpień czeka mnie praca w labo (chyba, jeszcze nie dzwonili, gdzieś w sobie czuję, że nie zadzwonią, a ja zostanę z laptopem wziętym na raty i pustym portfelem, shit).
Odkąd mieszkam sama i znalazłam sobie pracę, udało mi się schować gdzieś głęboko mój pesymizm. Schowałam go gdzieś w sobie, upchnęłam go szczelnie do małego pudełeczka, a potem zakopałam najgłębiej, jak tylko się dało. Kilka wydarzeń próbowało go wydobyć, ale nie udało im się to. Czuję się silniejsza, lepsza, mogę o wszystkim myśleć, rozkładać wydarzenia na czynniki pierwsze, analizować i czerpać z tego satysfakcję. Ponadto moja finansowa niezależność również podniosła mnie na duchu, pozwoliła mi uwierzyć w siebie i własne możliwości. A co teraz? Teraz mam wrócić na dwa tygodnie do domu i siedzieć w nim bezproduktywnie, nic nie robiąc, zadręczając się myślami. Przecież ja tam umrę. Zburzy się wszystko to, co tak mozolnie odbudowuję. To mnie przeraża, nadmiar wolnego czasu mnie przeraża. To będą straszne dwa tygodnie.
Pesymizmowi póki co wyłazić nie daję i mówię sobie, że to przecież wcale nie będą całe dwa tygodnie. To tylko 12 dni. Przeżyję, przetrwam, dam radę.
Nie wiem, skąd się to uczucie bierze, ale gdzieś wewnątrz siebie czuję, że nie chcę tam wracać. Mimo że wiem, że wracam tylko na dwa miesiące i to nawet nie całe - przecież w połowie lipca jadę na obóz, potem przez cały sierpień czeka mnie praca w labo (chyba, jeszcze nie dzwonili, gdzieś w sobie czuję, że nie zadzwonią, a ja zostanę z laptopem wziętym na raty i pustym portfelem, shit).
Odkąd mieszkam sama i znalazłam sobie pracę, udało mi się schować gdzieś głęboko mój pesymizm. Schowałam go gdzieś w sobie, upchnęłam go szczelnie do małego pudełeczka, a potem zakopałam najgłębiej, jak tylko się dało. Kilka wydarzeń próbowało go wydobyć, ale nie udało im się to. Czuję się silniejsza, lepsza, mogę o wszystkim myśleć, rozkładać wydarzenia na czynniki pierwsze, analizować i czerpać z tego satysfakcję. Ponadto moja finansowa niezależność również podniosła mnie na duchu, pozwoliła mi uwierzyć w siebie i własne możliwości. A co teraz? Teraz mam wrócić na dwa tygodnie do domu i siedzieć w nim bezproduktywnie, nic nie robiąc, zadręczając się myślami. Przecież ja tam umrę. Zburzy się wszystko to, co tak mozolnie odbudowuję. To mnie przeraża, nadmiar wolnego czasu mnie przeraża. To będą straszne dwa tygodnie.
Pesymizmowi póki co wyłazić nie daję i mówię sobie, że to przecież wcale nie będą całe dwa tygodnie. To tylko 12 dni. Przeżyję, przetrwam, dam radę.
wtorek, 18 czerwca 2013
Mentalne trupy
I znów, powtórka z rozrywki, tak dla odmiany. Mentalne trupy. Padają wszędzie tam, gdzie się pojawiam. Jestem jak paczka papierosów - UWAGA, UŻYWANIE, A NAWET PRZEBYWANIE W POBLIŻU POWODUJE RAKA MÓZGU I CHOROBY SERCA. Tak, powinnam mieć to wytatuowane na czole.
Co jest ze mną nie tak? Czy tak będzie już zawsze?
Przy okazji: to nie moje życie mnie nienawidzi, to ja nienawidzę sama siebie. I muszę z tym żyć.
Co jest ze mną nie tak? Czy tak będzie już zawsze?
Przy okazji: to nie moje życie mnie nienawidzi, to ja nienawidzę sama siebie. I muszę z tym żyć.
czwartek, 6 czerwca 2013
Terapia
Rzuciłam terapię psychologiczną. Wkurzała mnie i miałam wrażenie, że marnuję czas. Przychodziłam, opowiadałam jakieś pierdoły, babka mnie wysłuchiwała, a gdy nie miałam już nic do powiedzenia, zapadała głucha cisza. To było dziwne i nic mi nie dawało. Myślałam, że to będzie wyglądać inaczej - może bardziej praktycznie, jak terapia logopedyczna. Przychodzi się do logopedy, robi ćwiczenia, dostaje materiał do powtarzania w domu i z zajęć na zajęcia widać postępy. Tu postępów nie widziałam żadnych.
Może mnie się nie da naprawić, pierdolę to.
Może mnie się nie da naprawić, pierdolę to.
czwartek, 23 maja 2013
Puści ludzie
Pustka, pustkowie - te pojęcia wyjątkowo często przewijają się w moim życiu. O pustce pisać chyba nie muszę - każdy w mniejszym lub większym stopniu wie, o co chodzi. Pustkowie widzę, gdy patrzę na swoje życie. Nie ma w nim niczego. Ani jednej rzeczy, do której mogłabym być jakkolwiek przywiązana. Wszystko jest czarno-białe, ale i dzięki temu niezwykle klarowne. Tak klarowne, że wyłania się obraz wszechogarniającego pustkowia, emocjonalnego zera.
Spotykam na swojej drodze całe ogromy pustych ludzi. Pustka, pustość - niby pojęcia bliskoznaczne, ale jednak - między pustymi ludźmi a taką moją pustką istnieje ogromna przepaść. Przepaść nie do przebycia. Przepaść, która jest tak ogromna, że nie widać dna, ani nawet drugiego jej brzegu. Dla osób stojących na jej przeciwstawnych brzegach przepaść ta wygląda jak klif.
W tych pustkach nie ma ani jednej wspólnej rzeczy, ani jednego punktu zaczepienia.
Puści ludzie mają to do siebie, że nie widzą własnej ubogości umysłowej. Przeżywają proste, krótkotrwałe i mało intensywne emocje, cieszą się z małych rzeczy, zwykle nie mają aspiracji ani celów. Po prostu żyją. Spotykają się ze sobą (nie mieszając się z ludźmi "pełnymi"), idą na piwo, śmieją się z suchych dowcipów, mają swoje proste życia. Nie koncentrują się na sobie, w ogóle się na niczym nie koncentrują, bo nie są do tego zdolni. Nawet nie wiedzą, co to znaczy. Nie spędzają czasu na rozmyślaniu o sensie egzystencji. Ogólnie mało myślą. Ich potrzeby ograniczają się do tych fizjologicznych, czasami poczłapią za tłumem do kościoła, "bo tak wypada". I tyle.
Przyglądam się czasami ludziom ode mnie z roku. W sumie sporo jest tam osób naprawdę wartych analizy. Ale jest też kilka kompletnych pustostanów (tak skrótowo nazywam pustych ludzi), czyli osób, z którymi nie miałabym ABSOLUTNIE o czym rozmawiać. Wiem, że szufladkuję. Wiem, że oceniam. Wiem, że nie powinnam.
Ale za żadne skarby nie chcę być taka jak oni.
Spotykam na swojej drodze całe ogromy pustych ludzi. Pustka, pustość - niby pojęcia bliskoznaczne, ale jednak - między pustymi ludźmi a taką moją pustką istnieje ogromna przepaść. Przepaść nie do przebycia. Przepaść, która jest tak ogromna, że nie widać dna, ani nawet drugiego jej brzegu. Dla osób stojących na jej przeciwstawnych brzegach przepaść ta wygląda jak klif.
W tych pustkach nie ma ani jednej wspólnej rzeczy, ani jednego punktu zaczepienia.
Puści ludzie mają to do siebie, że nie widzą własnej ubogości umysłowej. Przeżywają proste, krótkotrwałe i mało intensywne emocje, cieszą się z małych rzeczy, zwykle nie mają aspiracji ani celów. Po prostu żyją. Spotykają się ze sobą (nie mieszając się z ludźmi "pełnymi"), idą na piwo, śmieją się z suchych dowcipów, mają swoje proste życia. Nie koncentrują się na sobie, w ogóle się na niczym nie koncentrują, bo nie są do tego zdolni. Nawet nie wiedzą, co to znaczy. Nie spędzają czasu na rozmyślaniu o sensie egzystencji. Ogólnie mało myślą. Ich potrzeby ograniczają się do tych fizjologicznych, czasami poczłapią za tłumem do kościoła, "bo tak wypada". I tyle.
Przyglądam się czasami ludziom ode mnie z roku. W sumie sporo jest tam osób naprawdę wartych analizy. Ale jest też kilka kompletnych pustostanów (tak skrótowo nazywam pustych ludzi), czyli osób, z którymi nie miałabym ABSOLUTNIE o czym rozmawiać. Wiem, że szufladkuję. Wiem, że oceniam. Wiem, że nie powinnam.
Ale za żadne skarby nie chcę być taka jak oni.
wtorek, 14 maja 2013
Okulaaaaaaary! (:
Kot wybrała się dzisiaj wraz z Lamą do salonu Fielmanna, żeby wreszcie wybrać dla siebie nowe szkła. Poprzednie szlag trafił (delikatnie mówiąc), poza tym poprzedni optyk "się pomylił" i w lewym oku zamiast wstawić mi -0,25, wstawił +0,25. Kot chodziła przez dwa i pół roku w takich trefnych szkłach, cały czas myśląc, że wzrok jej się regularnie pogarsza. A jednak nie.
Nowe oprawki są czarne (też nowość), cieńsze niż te poprzednie i wygodnie leżą na nosie. Wybrałam szkła bez żadnych pierdół, antyrefleksów, poliwęglanów. Mam złe doświadczenia z tego typu cudami. Poliwęglan niezwykle szybko się drapie, a powłoka z antyrefleksem zbiera każdy najmniejszy kurz, odciski palców i tak dalej. Nie, nie i jeszcze raz nie.
Lamcia niestety nic dla siebie nie wybrała, ale to wina Fielmanna. Mieli same odrażające oprawki, nijak nie pasujące do lamiej mordki, a za szkła w żyłkowych oprawkach zawołali sobie 230 zł. Pfffff, walić to. Ale coś wybierzemy, nie martw się, Lamciu.
(W każdym razie wielkie dzięki za dzisiejszy wypad, chyba właśnie czegoś takiego było mi trzeba, nawet pomimo nieznośnego bólu głowy, który dzielnie przy mnie trwał przez cały dzień. Akcja w Carrefourze również udana, nahahaha. "Tak, brokuły smakowały!" (: )
Odbiór nowych szkiełek za tydzień, może wcześniej - dadzą znać SMS-em. Nie mogę się doczekać. (:
Nowe oprawki są czarne (też nowość), cieńsze niż te poprzednie i wygodnie leżą na nosie. Wybrałam szkła bez żadnych pierdół, antyrefleksów, poliwęglanów. Mam złe doświadczenia z tego typu cudami. Poliwęglan niezwykle szybko się drapie, a powłoka z antyrefleksem zbiera każdy najmniejszy kurz, odciski palców i tak dalej. Nie, nie i jeszcze raz nie.
Lamcia niestety nic dla siebie nie wybrała, ale to wina Fielmanna. Mieli same odrażające oprawki, nijak nie pasujące do lamiej mordki, a za szkła w żyłkowych oprawkach zawołali sobie 230 zł. Pfffff, walić to. Ale coś wybierzemy, nie martw się, Lamciu.
(W każdym razie wielkie dzięki za dzisiejszy wypad, chyba właśnie czegoś takiego było mi trzeba, nawet pomimo nieznośnego bólu głowy, który dzielnie przy mnie trwał przez cały dzień. Akcja w Carrefourze również udana, nahahaha. "Tak, brokuły smakowały!" (: )
Odbiór nowych szkiełek za tydzień, może wcześniej - dadzą znać SMS-em. Nie mogę się doczekać. (:
środa, 1 maja 2013
Gdybanie
Gdybym to była ja, być może wszystko potoczyłoby się inaczej. Jest zimno, dookoła pustka i półmrok. Cisza, tylko śnieg chrzęści pod stopami, podeszwami butów. Gdybym to była ja, być może byś nie istniał, jak nie istnieję teraz ja, byłbyś niebytem, ale BYĆ MOŻE ja bym istniała i byłoby mi wszystko tak cudownie WSZYSTKO pięknie JEDNO. Śnieg chrzęści pod stopami, słowa pożera nowomowa, pozerstwo, nieczułość i niebyt. Gdybym była sobą, może byś mnie spotkał TU lub TERAZ albo na raz TU i TERAZ, tu w tym śniegu, wychodzi właśnie słońce i oświetla twoją twarz, oświetla śnieg, który błyszczy i migocze ostrzegawczo, ale MIMO TO, MIMO TO TO, nadal chrzęści pod stopami, NADAL MNIE NIE MA, NADAL TYLKO TA PRZEKLĘTA NIEOBECNOŚĆ. Gdybyś to był ty, nie byłoby czekania i topnienia, byłaby niepamięć. Gdybyśmy to byli my...
niedziela, 28 kwietnia 2013
Drzewa, ptaki i ja
Wybrałam się wczoraj, razem z Lamą, na integrację z lasem. To taka akcja zorganizowana przez Radę Osiedla Oliwa. Znalazłyśmy plakat jakiś czas temu i postanowiłyśmy się zapisać. Ciężko było wstać o siódmej rano, żeby zdążyć na miejsce zbiórki, no ale udało się! Gdy dotarłyśmy na miejsce, na parkingu było może z pięć osób, chociaż była już dziewiąta. Przewodnicy postanowili, że zaczekamy jeszcze 10 minut, żeby dać szansę dojechać reszcie uczestników. I faktycznie - w ciągu tych 10 minut dojechało jakieś 40 osób.
Wycieczkę rozpoczął "spacer edukacyjny" po lesie, w czasie którego przewodnicy opowiadali nam o drzewach i o ptakach. Następną częścią wycieczki była nauka sadzenia drzew. Każdy uczestnik dostał szpadel oraz sadzonki dębu. Razem z Lamcią zasadziłśmy jakieś 30 młodych drzewek. Dowiedziałyśmy się, że na jednym hektarze sadzi się około 6 tysięcy sadzonek, z czego po selekcji zostaje tylko 200-300. Leśniczy powiedzieli nam, że za jakieś 100-120 lat w tym miejscu będzie piękny dębowy las. Po sadzeniu drzew organizatorzy przygotowali dla nas ognisko.
Postanowiłyśmy, że zostaniemy do końca ogniska, żeby potem pomóc organizatorom w sprzątaniu. Zbieg okoliczności sprawił, że jakieś młode małżeństwo zaczęło opowiadać o swojej ostatniej wycieczce na Dolny Śląsk. Jako, że jestem z tamtych okolic, prędko podłapałam temat i zaczęłam z nimi rozmawiać. Nagle jakiś młody mężczyzna stojący obok mnie zapytał, czy przyjechałam do Gdańska na studia. Odpowiedziałam mu, że tak. Stwierdził, że pochodzi z Wrocławia i mieszkał tam przez siedem lat. Opowiadał nam potem, jak można krótszą drogą przejść z miejsca sadzenia drzew do okolicy, w której mieszkamy. Nie zdecydowałyśmy się jednak na podróż lasem - obie nie grzeszymy orientacją w terenie. Zaproponował nam, że może nas podwieźć, bo i tak jedzie samochodem w stronę Wrzeszcza. Bez wahania zgodziłyśmy się.
15 minut później szłyśmy za nim do samochodu. Powiedział, że chciałby jeszcze obejrzeć polanę nieopodal parkingu. Nie śpieszyłyśmy się donikąd, więc chętnie przystałyśmy na jego propozycję. Okazało się, że interesuje się ptakami, ale nie ma wykształcenia ornitologicznego. Podczas wspólnego spaceru, wyszukiwaliśmy ptaki, obserwowaliśmy je przez lornetkę, a potem próbowaliśmy zidentyfikować. Andrzej (przedstawił nam się dopiero później) był nimi strasznie zafascynowany.
To był naprawdę ciekawy dzień, który mogę w całości ocenić na plus. Doszło do mnie, że jeśli coś się robi, ma się też więcej wspomnień. Postanowiłam, że będę częściej wychodzić z domu, chociażby właśnie na takie spotkania, wycieczki, wydarzenia. Wróciłyśmy zmęczone, zmarznięte, ale uśmiechnięte - może i nawet nie za sprawą licznych fantów, jakie przywiozłyśmy ze sobą - ale właśnie przez wspomnienia. Było warto. (:
Wycieczkę rozpoczął "spacer edukacyjny" po lesie, w czasie którego przewodnicy opowiadali nam o drzewach i o ptakach. Następną częścią wycieczki była nauka sadzenia drzew. Każdy uczestnik dostał szpadel oraz sadzonki dębu. Razem z Lamcią zasadziłśmy jakieś 30 młodych drzewek. Dowiedziałyśmy się, że na jednym hektarze sadzi się około 6 tysięcy sadzonek, z czego po selekcji zostaje tylko 200-300. Leśniczy powiedzieli nam, że za jakieś 100-120 lat w tym miejscu będzie piękny dębowy las. Po sadzeniu drzew organizatorzy przygotowali dla nas ognisko.
Postanowiłyśmy, że zostaniemy do końca ogniska, żeby potem pomóc organizatorom w sprzątaniu. Zbieg okoliczności sprawił, że jakieś młode małżeństwo zaczęło opowiadać o swojej ostatniej wycieczce na Dolny Śląsk. Jako, że jestem z tamtych okolic, prędko podłapałam temat i zaczęłam z nimi rozmawiać. Nagle jakiś młody mężczyzna stojący obok mnie zapytał, czy przyjechałam do Gdańska na studia. Odpowiedziałam mu, że tak. Stwierdził, że pochodzi z Wrocławia i mieszkał tam przez siedem lat. Opowiadał nam potem, jak można krótszą drogą przejść z miejsca sadzenia drzew do okolicy, w której mieszkamy. Nie zdecydowałyśmy się jednak na podróż lasem - obie nie grzeszymy orientacją w terenie. Zaproponował nam, że może nas podwieźć, bo i tak jedzie samochodem w stronę Wrzeszcza. Bez wahania zgodziłyśmy się.
15 minut później szłyśmy za nim do samochodu. Powiedział, że chciałby jeszcze obejrzeć polanę nieopodal parkingu. Nie śpieszyłyśmy się donikąd, więc chętnie przystałyśmy na jego propozycję. Okazało się, że interesuje się ptakami, ale nie ma wykształcenia ornitologicznego. Podczas wspólnego spaceru, wyszukiwaliśmy ptaki, obserwowaliśmy je przez lornetkę, a potem próbowaliśmy zidentyfikować. Andrzej (przedstawił nam się dopiero później) był nimi strasznie zafascynowany.
To był naprawdę ciekawy dzień, który mogę w całości ocenić na plus. Doszło do mnie, że jeśli coś się robi, ma się też więcej wspomnień. Postanowiłam, że będę częściej wychodzić z domu, chociażby właśnie na takie spotkania, wycieczki, wydarzenia. Wróciłyśmy zmęczone, zmarznięte, ale uśmiechnięte - może i nawet nie za sprawą licznych fantów, jakie przywiozłyśmy ze sobą - ale właśnie przez wspomnienia. Było warto. (:
niedziela, 21 kwietnia 2013
Ruszanie naprzód
Byłam wczoraj u psychologa. Zapisałam się na wizytę w sumie po dłuższym zastanowieniu. Myślałam o tym od dawna, ale jakoś nigdy nie umiałam się ostatecznie za to zabrać. No ale udało się.
Nigdy wcześniej nie byłam u żadnego tego typu terapeuty. Nigdy nawet nie korzystałam z pomocy pedagoga szkolnego. Że już o psychiatrach nie wspomnę. Ale od dłuższego czasu było, a właściwie jest, naprawdę kiepsko. Snuję się codziennie, nie odzywam się praktycznie do nikogo i jest mi wszystko jedno. Depresja? Nie wiem, wątpię. Raczej obojętność, zwątpienie i pustka. Brak radości, pomimo pięknej pogody za oknem. Zmęczenie udawaniem. Nieodwzajemniona tęsknota. Melancholia. Wszystko na raz.
Dodatkowo poznałam ostatnio kogoś naprawdę ciekawego. Kogoś, z kim być może chciałabym kiedyś, w przyszłości - dalszej lub bliższej - utworzyć jakąś więź, trwałą relację. Czuję, że mogłabym. Czuję, że mogę. Nawet czuję, że chcę. Ale coś mnie blokuje, nawet dobrze wiem, co to takiego. Nie chcę oszukiwać, nie chcę mamić, nie chcę dziwnych sytuacji. Nie chcę ranić. Czuję, że nie mogę być z kimś nowym, jeśli uprzednio nie zamknę przeszłości. Raz już próbowałam, skutki były tragiczne. Nie chcę tego powtarzać, dlatego naprawdę zdecydowanie weszłam wczoraj do gabinetu psychologa.
Jest kobietą, po trzydziestce. Ma brązowe oczy, jest miła, ma nienaganną dykcję. Sprawia wrażenie osoby kompetentnej. Wysłuchała, co miałam do powiedzenia, chociaż w moja opowieść była bardzo chaotyczna. Nie oceniała mnie. Zadała kilka pytań. Podsunęła kilka innych, na które nie umiałam odpowiedzieć. Szczególnie zaciekawił mnie jeden jej komentarz: chodziło o to, że na czas wakacji wracam do domu i nie będę mogła przychodzić na terapię. Powiedziałam, że nie chciałabym zajmować niepotrzebnie miejsca i marnować jej czasu. A ona na to: "pani martwi się, że będzie marnować mój czas, a tymczasem ja martwię się, że przez trzy miesiące zostanie pani bez terapii". Przez kilka minut zastanawiała się nad tym, jakby autentycznie się tym przejęła. Powiedziała, że coś wymyślimy i że zaprasza mnie za tydzień.
Terapio psychologiczna witaj.
Nigdy wcześniej nie byłam u żadnego tego typu terapeuty. Nigdy nawet nie korzystałam z pomocy pedagoga szkolnego. Że już o psychiatrach nie wspomnę. Ale od dłuższego czasu było, a właściwie jest, naprawdę kiepsko. Snuję się codziennie, nie odzywam się praktycznie do nikogo i jest mi wszystko jedno. Depresja? Nie wiem, wątpię. Raczej obojętność, zwątpienie i pustka. Brak radości, pomimo pięknej pogody za oknem. Zmęczenie udawaniem. Nieodwzajemniona tęsknota. Melancholia. Wszystko na raz.
Dodatkowo poznałam ostatnio kogoś naprawdę ciekawego. Kogoś, z kim być może chciałabym kiedyś, w przyszłości - dalszej lub bliższej - utworzyć jakąś więź, trwałą relację. Czuję, że mogłabym. Czuję, że mogę. Nawet czuję, że chcę. Ale coś mnie blokuje, nawet dobrze wiem, co to takiego. Nie chcę oszukiwać, nie chcę mamić, nie chcę dziwnych sytuacji. Nie chcę ranić. Czuję, że nie mogę być z kimś nowym, jeśli uprzednio nie zamknę przeszłości. Raz już próbowałam, skutki były tragiczne. Nie chcę tego powtarzać, dlatego naprawdę zdecydowanie weszłam wczoraj do gabinetu psychologa.
Jest kobietą, po trzydziestce. Ma brązowe oczy, jest miła, ma nienaganną dykcję. Sprawia wrażenie osoby kompetentnej. Wysłuchała, co miałam do powiedzenia, chociaż w moja opowieść była bardzo chaotyczna. Nie oceniała mnie. Zadała kilka pytań. Podsunęła kilka innych, na które nie umiałam odpowiedzieć. Szczególnie zaciekawił mnie jeden jej komentarz: chodziło o to, że na czas wakacji wracam do domu i nie będę mogła przychodzić na terapię. Powiedziałam, że nie chciałabym zajmować niepotrzebnie miejsca i marnować jej czasu. A ona na to: "pani martwi się, że będzie marnować mój czas, a tymczasem ja martwię się, że przez trzy miesiące zostanie pani bez terapii". Przez kilka minut zastanawiała się nad tym, jakby autentycznie się tym przejęła. Powiedziała, że coś wymyślimy i że zaprasza mnie za tydzień.
Terapio psychologiczna witaj.
środa, 10 kwietnia 2013
Dziecko w szklanej kuli
Jestem w trakcie czytania książki pt. "Oblężenie - rodzinna wyprawa w świat dziecka autystycznego". Jej autorką jest matka dziecka chorego na autyzm.
Elly (tak też na imię tej małej istotce) początkowo rozwijała się dokładnie tak samo, jak jej rówieśnicy. Gdy miała pół roku, uśmiechała się i wyciągała rączki w stronę mamusi, radośnie przy tym kwiląc. W chwilę potem wszystko zaczęło się zmieniać - Elly przestała zauważać domowników, jej spojrzenie stało się puste, obojętnie. Gdy miała 22 miesiące, jej ulubionym zajęciem było kołysanie się w łóżeczku. Nie potrzebowała niczyjej obecności - była SAMOWYSTARCZALNA. Nie, nie pomyliłam się. Naprawdę taka była. Nie mówiła, nie chodziła, zupełnie jakby NIE CHCIAŁA, nie potrzebowała. Zaniepokojeni rodzice zabrali ją na badania i usłyszeli przerażającą diagnozę - autyzm. "Wasze dziecko nigdy nie będzie normalne."
Książka opowiada o zmaganiach matki z autystyczną codziennością córeczki, próbach wtargnięcia do jej świata, staraniach o bycie zauważaną i kochaną. Nie jest to łatwym zadaniem, chociaż matka ucieka się do najprostszych, bazowych metod i prób nawiązania kontaktu. Pomocna okazuje się muzyka - dzięki niej Elly jest w stanie wyrażać swoje pragnienia i potrzeby.
Długo mogłabym opisywać, co też ciekawego wyczytałam w "Oblężeniu...", ale jest to chyba rzeczą zbędną, bo w gruncie rzeczy nie taki był zamysł tego posta. Ta książka sprawiła, że zaczęłam się jeszcze głębiej zastanawiać nad zagadkowym zespołem, jakim jest autyzm. Gdzieś w kącie mojej głowy pojawiła się myśl, że przecież takie dziecko może się przytrafić każdemu z nas - mnie również. Czy potrafiłabym sobie z tym poradzić? Czy znalazłabym w sobie tyle siły, cierpliwości i wytrwałości, aby walczyć - jak mama Elly? Do tej pory widziałam te dzieci wyłącznie pod kątem terapii logopedycznej - praca z nimi wydawała mi się ciężka, mozolna, często bezefektowa - ale mimo wszystko warta zachodu. To był pierwszy raz, gdy pomyślałam sobie, że JA mogę się kiedyś znaleźć na miejscu matki Elly. Jak się wówczas zachowam? To wszystko jest tak cholernie trudne NAWET do wyobrażenia - a co dopiero do wykonania...
Niebawem pewnie skończę tę książkę, może wówczas coś mi się w tej głowie rozświetli i odejdą te ciężkie myśli.
Elly (tak też na imię tej małej istotce) początkowo rozwijała się dokładnie tak samo, jak jej rówieśnicy. Gdy miała pół roku, uśmiechała się i wyciągała rączki w stronę mamusi, radośnie przy tym kwiląc. W chwilę potem wszystko zaczęło się zmieniać - Elly przestała zauważać domowników, jej spojrzenie stało się puste, obojętnie. Gdy miała 22 miesiące, jej ulubionym zajęciem było kołysanie się w łóżeczku. Nie potrzebowała niczyjej obecności - była SAMOWYSTARCZALNA. Nie, nie pomyliłam się. Naprawdę taka była. Nie mówiła, nie chodziła, zupełnie jakby NIE CHCIAŁA, nie potrzebowała. Zaniepokojeni rodzice zabrali ją na badania i usłyszeli przerażającą diagnozę - autyzm. "Wasze dziecko nigdy nie będzie normalne."
Książka opowiada o zmaganiach matki z autystyczną codziennością córeczki, próbach wtargnięcia do jej świata, staraniach o bycie zauważaną i kochaną. Nie jest to łatwym zadaniem, chociaż matka ucieka się do najprostszych, bazowych metod i prób nawiązania kontaktu. Pomocna okazuje się muzyka - dzięki niej Elly jest w stanie wyrażać swoje pragnienia i potrzeby.
Długo mogłabym opisywać, co też ciekawego wyczytałam w "Oblężeniu...", ale jest to chyba rzeczą zbędną, bo w gruncie rzeczy nie taki był zamysł tego posta. Ta książka sprawiła, że zaczęłam się jeszcze głębiej zastanawiać nad zagadkowym zespołem, jakim jest autyzm. Gdzieś w kącie mojej głowy pojawiła się myśl, że przecież takie dziecko może się przytrafić każdemu z nas - mnie również. Czy potrafiłabym sobie z tym poradzić? Czy znalazłabym w sobie tyle siły, cierpliwości i wytrwałości, aby walczyć - jak mama Elly? Do tej pory widziałam te dzieci wyłącznie pod kątem terapii logopedycznej - praca z nimi wydawała mi się ciężka, mozolna, często bezefektowa - ale mimo wszystko warta zachodu. To był pierwszy raz, gdy pomyślałam sobie, że JA mogę się kiedyś znaleźć na miejscu matki Elly. Jak się wówczas zachowam? To wszystko jest tak cholernie trudne NAWET do wyobrażenia - a co dopiero do wykonania...
Niebawem pewnie skończę tę książkę, może wówczas coś mi się w tej głowie rozświetli i odejdą te ciężkie myśli.
czwartek, 4 kwietnia 2013
Monologi
Nie umiem rozmawiać z ludźmi. Kiedyś umiałam, ale ostatnio coraz częściej zauważam, że gdzieś po drodze zgubiłam tę umiejętność. Albo po prostu tak niewiele zostało już osób, z którymi potrafię rozmawiać. Chodzi mi o taką prawdziwą rozmowę, gdzie rozmówcy są sobie równi, każdy z nich jest gotowy do słuchania drugiej osoby i przekazywania własnych myśli. Ja nie mam - albo jednego, albo drugiego. Bo chęci chyba mam...
Chodzi o to, że moje rozmowy z ludźmi przybrały raczej formę monologu lub, jak kto woli, wykładu. Wychodzi na to, że mówię bez przerwy, nie daję rozmówcy czasu ani możliwości na wtrącenie swoich trzech groszy, a nawet nie widać we mnie potrzeby wysłuchania rozmówcy. A ja naprawdę lubię słuchać... Więc co się we mnie zmieniło? Jak wrócić do tego, co było? A może już nawet nie warto...
Uświadomiłam sobie, że będąc z M. tak naprawdę niewiele mówiłam w jego obecności. To on opowiadał o tym, co działo się u niego, też właśnie w takiej monologowej formie. Opowiadał i opowiadał, i opowiadał... A ja słuchałam. Nie dlatego, że nie miałam nic do powiedzenia - miałam wiele. Naprawdę wiele. Ale on uważał, że to nudne. Raz mi nawet o tym powiedział, gdy chciałam się z nim podzielić jakąś pierdołą na samym początku naszej znajomości. Powiedział mi, że nie chce mu się mnie słuchać, bo to nudne, a moje prywatne życie [chodziło o jakąś pierdołę z akademika] go kompletnie nie interesuje. Czemu już wtedy nie zapaliła mi się w głowie jakaś czerwona lampka? Oczywiście przeprosił, powiedział, że nie miał tego na myśli, bla bla bla... Ale to i tak zostało.
Innym powodem, dla którego uważnie go słuchałam był po prostu fakt, że ja kochałam go słuchać. Uwielbiałam barwę jego głosu, obecnie w nim ciepło, skupienie. Widziałam, że to, o czym mówi, jest dla niego naprawdę ważne i nie byłam w stanie nawet mu przerwać. To, o czym mówił, było dla mnie naprawdę ciekawe. Więc słuchałam, chłonęłam jak gąbka to, co do mnie mówił. Wraz z upływem czasu doszłam do wniosku, że opowiadał mi o gównie.
To monologowanie może więc być pozostałością po M. Jak się jej pozbyć? Chciałabym móc znów normalnie rozmawiać ze wszystkimi ludźmi, a nie tylko z tą małą garsteczką. Bo i owszem, są osoby, z którymi mi się wybitnie lekko rozmawia, ale mogę je policzyć na palcach jednej ręki. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że najważniejszą częścią terapii jest uświadomienie sobie istnienia problemu. Ja już sobie to uświadomiłam. Teraz spróbuję tego po prostu nie robić.
A jeśli to nie zadziała, to nie wiem. Wykładowcą zostanę.
Chodzi o to, że moje rozmowy z ludźmi przybrały raczej formę monologu lub, jak kto woli, wykładu. Wychodzi na to, że mówię bez przerwy, nie daję rozmówcy czasu ani możliwości na wtrącenie swoich trzech groszy, a nawet nie widać we mnie potrzeby wysłuchania rozmówcy. A ja naprawdę lubię słuchać... Więc co się we mnie zmieniło? Jak wrócić do tego, co było? A może już nawet nie warto...
Uświadomiłam sobie, że będąc z M. tak naprawdę niewiele mówiłam w jego obecności. To on opowiadał o tym, co działo się u niego, też właśnie w takiej monologowej formie. Opowiadał i opowiadał, i opowiadał... A ja słuchałam. Nie dlatego, że nie miałam nic do powiedzenia - miałam wiele. Naprawdę wiele. Ale on uważał, że to nudne. Raz mi nawet o tym powiedział, gdy chciałam się z nim podzielić jakąś pierdołą na samym początku naszej znajomości. Powiedział mi, że nie chce mu się mnie słuchać, bo to nudne, a moje prywatne życie [chodziło o jakąś pierdołę z akademika] go kompletnie nie interesuje. Czemu już wtedy nie zapaliła mi się w głowie jakaś czerwona lampka? Oczywiście przeprosił, powiedział, że nie miał tego na myśli, bla bla bla... Ale to i tak zostało.
Innym powodem, dla którego uważnie go słuchałam był po prostu fakt, że ja kochałam go słuchać. Uwielbiałam barwę jego głosu, obecnie w nim ciepło, skupienie. Widziałam, że to, o czym mówi, jest dla niego naprawdę ważne i nie byłam w stanie nawet mu przerwać. To, o czym mówił, było dla mnie naprawdę ciekawe. Więc słuchałam, chłonęłam jak gąbka to, co do mnie mówił. Wraz z upływem czasu doszłam do wniosku, że opowiadał mi o gównie.
To monologowanie może więc być pozostałością po M. Jak się jej pozbyć? Chciałabym móc znów normalnie rozmawiać ze wszystkimi ludźmi, a nie tylko z tą małą garsteczką. Bo i owszem, są osoby, z którymi mi się wybitnie lekko rozmawia, ale mogę je policzyć na palcach jednej ręki. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że najważniejszą częścią terapii jest uświadomienie sobie istnienia problemu. Ja już sobie to uświadomiłam. Teraz spróbuję tego po prostu nie robić.
A jeśli to nie zadziała, to nie wiem. Wykładowcą zostanę.
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Co się stało z moim życiem?
Macie tak czasami, że wstajecie rano z łóżka z uczuciem, że to nie jest wasze życie?
Bo to jest tak: żyję sobie, jestem szczęśliwa. To taki moment w życiu, kiedy nie chce się niczego zmieniać, nie czuje się takiej potrzeby, bo wszystko jest na swoim miejscu, dokładnie tak, jak być powinno. A potem nagle, w jednej krótkiej chwili, kompletnie niespodziwanie, wszystko się zmienia. Absolutnie wszystko. Nic nie jest już takie samo i nie wiem co mam robić, aby przywrócić poprzedni stan. Czuję się bezradna, jestem w tym wszystkim totalnie sama - porzucona, zagubiona, samotna. Tkwię w tym wszystkim, pogrążam się, rzeczywistość się odrealnia i zaczyna mnie lekko pukać palcem w głowę. Niby nic, ale to drażni. Ignoruję to wredne pukanie, staram się żyć dalej. Uporczywie podnoszę się z każdego upadku, wykrzywiam tylko czasami twarz, ale tylko wówczas, gdy nikt nie widzi. Odrealniona rzeczywistość staje się jeszcze bardziej odrealniona, zaczyna mnie klepać (już nie pukać), coraz mocniej i mocniej, i mocniej... Potem pozwala sobie na jeszcze więcej - popycha mnie, a gdy się przewrócę - kopie mnie.
To jest ten moment, gdy budzę się rano i pytam sama siebie (lub sufit, opcjonalnie) - CO U LICHA SIĘ STAŁO? To nie jest moje życie. Oddaj mi moje życie!
Ale ono nie wróci. Nigdy nie wraca.
Bo to jest tak: żyję sobie, jestem szczęśliwa. To taki moment w życiu, kiedy nie chce się niczego zmieniać, nie czuje się takiej potrzeby, bo wszystko jest na swoim miejscu, dokładnie tak, jak być powinno. A potem nagle, w jednej krótkiej chwili, kompletnie niespodziwanie, wszystko się zmienia. Absolutnie wszystko. Nic nie jest już takie samo i nie wiem co mam robić, aby przywrócić poprzedni stan. Czuję się bezradna, jestem w tym wszystkim totalnie sama - porzucona, zagubiona, samotna. Tkwię w tym wszystkim, pogrążam się, rzeczywistość się odrealnia i zaczyna mnie lekko pukać palcem w głowę. Niby nic, ale to drażni. Ignoruję to wredne pukanie, staram się żyć dalej. Uporczywie podnoszę się z każdego upadku, wykrzywiam tylko czasami twarz, ale tylko wówczas, gdy nikt nie widzi. Odrealniona rzeczywistość staje się jeszcze bardziej odrealniona, zaczyna mnie klepać (już nie pukać), coraz mocniej i mocniej, i mocniej... Potem pozwala sobie na jeszcze więcej - popycha mnie, a gdy się przewrócę - kopie mnie.
To jest ten moment, gdy budzę się rano i pytam sama siebie (lub sufit, opcjonalnie) - CO U LICHA SIĘ STAŁO? To nie jest moje życie. Oddaj mi moje życie!
Ale ono nie wróci. Nigdy nie wraca.
poniedziałek, 25 marca 2013
Powrót do żywych
Yup, zbliżają się święta. Coś się komuś gdzieś tam pomyliło i sypnęło śniegiem. No tak, przecież w Lany Poniedziałek można się rzucać śnieżkami, tak dla odmiany. Albo polewać wodą z lodem. W sumie i jedno, i drugie to woda, nikt nie mówił w jakim ma być stanie skupienia. Gdy byliśmy mali, zawsze targowaliśmy się z moim bratem w przeddzień Lanego Poniedziałku - kto pierwszy wstanie i poleje domowników. To było takie małe, niewinne lanie - ot kilka kropel palcami ze szklanki. To targowanie często kończyło się bójką i gryzieniem, szczypaniem, szarpaniem za włosy. A i tak zawsze pierwszy wstawał tato i lał wszystkich, ale to nieważne.
Wracałam dzisiaj z Przychodni, było dość ciepło (jakieś 3 stopnie na plusie, wg Mojego Wewnętrznego Termometru). Śnieg topniał, chodniki płynęły. Owinęłam się szalikiem, założyłam czapkę i szłam przed siebie, patrząc na mokre płyty chodnika. Z Przychodni zostałam odesłana z kwitkiem. Kaszlę krwią, ale lekarz powiedział, że mnie nie przyjmie, bo ma już komplet "pacjentów". Celowo w cudzysłowie, bo to nie byli jacyś prawdziwi pacjenci - chorzy i kasłający, ale banda uśmiechniętych staruszków, którzy przyszli wypisać sobie leki. I każdy taki staruszek wchodzi do gabinetu na 15-20 minut, słychać śmiechy, jakieś pogawędki z lekarzem i głupawe teksty. A ja w tym czasie mogę się zakaszleć i zapluć krwią na śmierć. Moje niewinne zapalenie krtani chyba przeszło w zapalenie oskrzeli. Nienawidzę być chora.
Ale powiedziałam sobie, że mam to gdzieś. Nie będę się przejmować, już dość mam przejmowania się, leżenia w łóżku, kupowania masy witamin i tabletek, ssania Sebidinu, już dość, dość, DOŚĆ. W środę wieczorem spakuję moje manatki, ale tylko te najpotrzebniejsze - laptopa, słuchawki i coś do picia. W czwartek o godzinie 5:00 rano wsiądę w pociąg, który zawiezie mnie do Wrocławia. W południe będę już na miejscu. Około 13:00 będę już w domu, przytulę mamę i wreszcie odpocznę. I wyzdrowieję!
A gdy wrócę, nie będzie to tylko powrót do Trójmiasta. Nie będzie to tylko powrót do zdrowia. To będzie powrót do żywych. Bo chyba dostałam lekcję i wreszcie coś z niej wyciągnęłam. Biorę to za dobrą monetę.
Byle do środy... (:
Wracałam dzisiaj z Przychodni, było dość ciepło (jakieś 3 stopnie na plusie, wg Mojego Wewnętrznego Termometru). Śnieg topniał, chodniki płynęły. Owinęłam się szalikiem, założyłam czapkę i szłam przed siebie, patrząc na mokre płyty chodnika. Z Przychodni zostałam odesłana z kwitkiem. Kaszlę krwią, ale lekarz powiedział, że mnie nie przyjmie, bo ma już komplet "pacjentów". Celowo w cudzysłowie, bo to nie byli jacyś prawdziwi pacjenci - chorzy i kasłający, ale banda uśmiechniętych staruszków, którzy przyszli wypisać sobie leki. I każdy taki staruszek wchodzi do gabinetu na 15-20 minut, słychać śmiechy, jakieś pogawędki z lekarzem i głupawe teksty. A ja w tym czasie mogę się zakaszleć i zapluć krwią na śmierć. Moje niewinne zapalenie krtani chyba przeszło w zapalenie oskrzeli. Nienawidzę być chora.
Ale powiedziałam sobie, że mam to gdzieś. Nie będę się przejmować, już dość mam przejmowania się, leżenia w łóżku, kupowania masy witamin i tabletek, ssania Sebidinu, już dość, dość, DOŚĆ. W środę wieczorem spakuję moje manatki, ale tylko te najpotrzebniejsze - laptopa, słuchawki i coś do picia. W czwartek o godzinie 5:00 rano wsiądę w pociąg, który zawiezie mnie do Wrocławia. W południe będę już na miejscu. Około 13:00 będę już w domu, przytulę mamę i wreszcie odpocznę. I wyzdrowieję!
A gdy wrócę, nie będzie to tylko powrót do Trójmiasta. Nie będzie to tylko powrót do zdrowia. To będzie powrót do żywych. Bo chyba dostałam lekcję i wreszcie coś z niej wyciągnęłam. Biorę to za dobrą monetę.
Byle do środy... (:
środa, 20 marca 2013
Blog nie-o-niczym
Wydawać by się mogło, że blog ten będzie o niczym, ale tak nie jest. Nie umiem pisać o niczym. To męczące, prawie jak przebiegnięcie trzydziestu kilometrów w maratonie przy zerowym przygotowaniu. Da się, ale następnego dnia pojawiają się okropne zakwasy, ból pleców, stawów, stóp i w ogóle wszystkiego. Ja też mam zakwasy gdy piszę bzdury. Dlatego staram się ich unikać, słowa mają dla mnie dużą wartość.
Przypomniał mi się w tym momencie wykład profesora zajmującego się językoznawstwem na temat funkcji języka. I tak wymienił, i dokładnie opisał, funkcję komunikacyjną, nakłaniającą, informacyjną, poetycką... Realizowaniem której z nich zajmę się w moim blogu? Myślę, że każdej po trochu. Będę jakoś tam komunikować się z ewentualnymi czytelnikami - pojawią się na pewno pytania, na które będą oni mogli odpowiedzieć. Ja też pewnie potem dodam coś od siebie. Będę realizować funkcję nakłaniającą, gdyż moje posty w pewnym sensie będą miały również za zadanie skłonienie czytelników do jakiejś refleksji, zadumy nad sobą. Ach, jak to brzmi... O funkcji informacyjnej nie muszę chyba pisać - każdy wie o co chodzi. Doszliśmy do fukcji poetyckiej... No tak. Warto w tym momencie nadmienić, że zajmuję się w pewnym stopniu pisarstwem, chociaż nie powiedziałabym raczej o sobie per pisarka. To określenie wydaje mi się jakieś takie płaskie, niedostosowane, a ja przecież jestem osobą wysoce uduchowioną, bla bla bla... Pozostańmy przy określeniu autorka bloga pisuje różne rzeczy. Czasem pewnie się nimi z czytelnikami podzielę, ale będzie to rzadkie, gdyż ostatnio moja wena twórcza odeszła w niebyt.
Jeśli już o niebycie mowa... Blog jest również po to, aby jakoś wyrwać tę wenę ze szponów niebytu.
Nie są to oczywiście wszystkie funkcje języka. Wymieniłam tylko kilka, coby nie przynudzać. To tyle tytułem wstępu. Zachęcam do odwiedzin, być może nawet warto.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)