poniedziałek, 30 listopada 2015

Motywacjo...?

Moje plany są przesuwane przez niechęć do działania, motywacji jak nie było tak nie ma.

Czuję, że jestem okropnie w tyle ze studiami, niby mam czas na ogarnianie wszystkich zadań i terminów, ale na samą myśl o tym wnętrzności wywracają mi się "do góry nogami" i opadam z sił.

Niby prawie wszystko jest do 20. grudnia.
Teoretycznie mam jeszcze dni dwadzieścia. Dwa-zero, dwa-dzieścia, dwie dziesiątki dni, to oznacza 480 godzin, z czego połowę pewnie prześpię, 1/4 przepracuję, 1/8 spędzę na oglądaniu seriali, a 1/8 na graniu w RPG. Ale... zaraz zaraz. Kiedy ogarnę platformę? :(

Obiecuję sobie, że w przyszłym semestrze nie zostawię wszystkiego na tak drastycznie ostatnią chwilę. A póki co muszę wziąć się w garść, bo inaczej wywalą mnie na zbity pysk i nigdy nie będę polską panią "magyster", mgr (magazynier).

To są proste rzeczy, jakaś tam psychologia, jakaś tam filozofia, jakaś tam etyka. Poczytać teksty źródłowe, które są podane na złotej tacy, nie trzeba nawet pełznąć do biblioteki czy szukać w necie, potem trochę pomyśleć, zrobić notatki, przepisać je do Worda owijając je sprawnie w lanie wody, które psorkowie tak dobrze kupują, dodać parę zdań od siebie, prosto z "serca" (ewentualnie z DUPY) i trzy pytania retoryczne i TYLE, koniec. Zrobione.

Motywacjo, odnajdź się, proszę.

sobota, 21 listopada 2015

Mateusz

Mam takie wspomnienie z dzieciństwa. Miałam wtedy siedem lat. Chodziłam do pierwszej klasy podstawówki. W drugiej klasie był chłopiec - miał na imię Mateusz. Był mojego wzrostu, miał niebieskie oczy i brązowe włosy, ścięte "na grzybka". (Pamiętam, że bardzo mi się te jego włosy podobały i męczyłam mamę, żeby też mnie tak ścięła, ale mama nie chciała, bo przecież dziewczynki noszą długie włosy, a nie takie krótkie.)

W każdym razie mieliśmy z Mateuszem pewną specjalną relację.
Codziennie na długiej przerwie jak najszybciej konsumowaliśmy drugie śniadanie, a potem szliśmy razem za budynek szkoły. Rosły tam irysy. Cała masa irysów. Rozmawialiśmy o kwiatach. Wąchaliśmy je razem. Nie pamiętam, co jeszcze razem robiliśmy, ale pamiętam bardzo wyraźnie te kwiaty. I pamiętam, że bardzo go lubiłam, a on lubił mnie. Pamiętam go jako chłopca bardzo wrażliwego, uczuciowego. Będąc przy nim nie musiałam ukrywać swojej wrażliwej strony. Wtedy uważałam to za moją słabość - przy nim to było tak bardzo w porządku.

Kilka miesięcy później Mateusz wyjechał razem ze swoją rodziną dokądś i już nigdy więcej go nie spotkałam.

Dzisiaj, przez przypadek wpadłam na jego profil na Facebooku.
Jest teraz dorosłym człowiekiem, ma 24 lata. Jest szalenie przystojny. Jeden z najprzystojniejszych facetów, jakich kiedykolwiek spotkałam. Nadal ma niebieskie oczy i brązowe włosy, ale już nie ma tej super-fajnej fryzury. Na jednym ze zdjęć ma nieco dłuższe włosy i to spojrzenie, zupełnie jak wtedy, 16 lat temu, gdy wąchaliśmy razem kwiaty. Opisy zdjęć wskazują, że nadal zostało w nim trochę tej wrażliwej duszy.

Po takim czasie - czy on mnie jeszcze pamięta? Czy też ma w głowie wspomnienie drobnej dziewczynki z dwoma kucykami i brązowymi oczami?
Po takim czasie - czy mam prawo wysłać mu zaproszenie do grona znajomych?
Po takim czasie - czy nie wyjdę na idiotkę pisząc "hej, pamiętasz jak razem wąchaliśmy irysy za szkołą?"

Wreszcie - czy to ciepłe, miłe wspomnienie nie jest tylko urojeniem samotnego dziecka?

Wysłałam zaproszenie. Nic do stracenia.

niedziela, 1 listopada 2015

Złe życie i brak psychoterapeuty

Jestem świeżo po lekturze książki "Uratuj mnie. Opowieść o złym życiu I dobrym psychoterapeucie" autorstwa Rachel Reiland.

Autorka, a zarazem bohaterka książki jest matką dwojga dzieci, żoną, księgową. Ma dobrą pracę i poukładane życie osobiste, ale pewnego dnia coś zaczyna się zmieniać - kobieta popada w nerwowość i czarną rozpacz. Trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie wszystko zaczyna toczyć się bardzo szybko. Po paru miesiącach otrzymuje diagnozę - borderline personality disorder, czyli pograniczne zaburzenie osobowości. Rokowania są słabe. Szanse na wyzdrowienie - znikome. Mimo to Rachel trafia na świetnego terapeutę, któremu na niej zależy.

Zaczyna się żmudny proces leczenia, podróż, podczas której kobieta dowiaduje się o sobie rzeczy, z których nigdy nie zdawała sobie sprawy. O faktach, które przez te wszystkie lata zepchnęła na dno swojej podświadomości. Jest to podróż pełna bólu i paraliżującego lęku. Rachel wraca do uczuć i wspomnień z wieku dziecięcego, lat nastoletnich, aż do wczesnej dorosłości. Raz jeszcze analizuje każdy swój ruch sprzed wielu lat. Pomaga jej w tym psychiatra, dr Padgett. Bohaterka otrzymuje od niego wsparcie, bezgraniczną akceptację i bezwarunkową miłość. To wszystko sprawia, że pomimo ogromnego cierpienia, widzi ona sens w dalszym prowadzeniu terapii.

Ta książka, będąca zapisem autentycznej terapii, daje nadzieję dla ludzi takich, jak ja. Jestem trochę jak Rachel. Momentami nieobliczalna, manipulująca, lekkomyślna. Czy to równia pochyła? Czy kiedyś stanie się coś, co sprawi, że również trafię do psychiatryka i usłyszę na swój temat jakąś paraliżującą diagnozę? Czy nie ma dla mnie życia? Boję się, okropnie się boję.

Jestem od paru dni w domu. Jest źle. Ciągłe kłótnie pomiędzy mamą i bratem mnie też dają w kość. Włączam się w nie, bronię mamy, co wkurza brata i nagle jestem w samym centrum sporu. Brat nie radzi sobie z życiem. Nadużywa alkoholu, dąży do autodestrukcji. Martwię się o niego, ale nie wiem, co mogę zrobić.

Mam ochotę umrzeć i przestać być częścią tego całego zamieszania, ale wiem, że nawet tego nie jestem w stanie zrobić. I nie zrobię.
Chciałabym całkowicie zwariować, przestać być sobą. Zostać zamknięta w jakimś zakładzie. Siedzieć całymi dniami w pokoju, otumaniona lekami. Patrzeć niewidzącym wzrokiem w ścianę. Chciałabym nie czuć.

Potrzebuję pomocy, tu i teraz.

Znajdź mnie dzisiaj. Tak, jak cztery lata temu.
Proszę, znajdź mnie. Uratuj!

piątek, 23 października 2015

Ponury kot

Lecę w środę do Polski.

Niby się cieszę, bo zobaczę rodzinę, odwiedzę znajomych, pójdę do fryzjera i zjem pyszne polskie wędliny, ale z drugiej strony boję się.

Okropnie się boję, bo po raz pierwszy od śmierci taty będę w domu.
Pierwszy raz od pogrzebu pójdę na jego grób.
Boję się, że znowu będę myśleć o tym, że dwa metry pod ziemią leżą szczątki kogoś, kto kiedyś był moim ojcem. Boję się, bo wiem dokładnie, jak takie szczątki wyglądają. Boję się, że pomyślę o tym stojąc nad grobem razem z moją rodziną. I że dostanę wtedy ataku paniki.

Od paru dni znowu jestem zupełnie sama.

Tylko mi się wydawało (jak zawsze zresztą), że P. chce w jakiś sposób być częścią mojego życia. Chyba nie chce, bo już do mnie właściwie nie pisze i nigdy nie ma czasu, żeby się spotkać. Mam pretensje do siebie, że znowu byłam na tyle naiwna, żeby uwierzyć w to, że może mi się przytrafić w życiu coś dobrego.

Przyłapałam się na tym, że tęsknię za panem M. O rany, to było tak dawno temu. Niedługo miną cztery lata, odkąd przyjechał do mnie do Gdańska i spędziliśmy razem weekend. Byłam wtedy taka szczęśliwa. Czy kiedykolwiek jeszcze będę się tak czuć?
Albo gdy świętowaliśmy wspólnie urodziny, które mieliśmy dokładnie w ten sam dzień, 30. grudnia. Po imprezie z moimi znajomymi, wspólna podróż pociągiem do Gdańska. I czas spędzony razem w pokoju w akademiku, Sylwester, którego jakoś nie pamiętam.
Idealizuję sobie to wszystko w mojej chorej głowie.
Gdy pomyślę głębiej, przypominam sobie, że dokładnie w moje urodziny pan M. zmieszał mnie z błotem, bo mój przyjaciel z Krakowa zadzwonił do mnie złożyć mi życzenia urodzinowe. I zniknął potem na godzinę. Wrócił i przepraszał. Czemu nie poczułam, że już wtedy coś we mnie umarło? Takich sytuacji było przecież więcej i więcej, i więcej...

Przeglądałam ostatnio statystyki bloga i rzuciło mi się w oczy, że gdy jestem samotna, piszę dużo więcej postów. Może dzięki temu nie truję nikomu tyłka moimi problemami. Plus jest taki, że nikt mi nie mówi prosto w twarz, że moje problemy są z dupy wzięte i że mam wziąć się w garść.

Postanowiłam, że gdy skończę ten rok jako au pair, postaram się jakoś zacząć układać sobie tutaj życie. Holandia to dobry kraj. Znam język, więc jest mi dużo łatwiej. Nie chcę znowu zaczynać wszystkiego od zera. Nie mam energii na kolejną przeprowadzkę do innego kraju. Nie chcę też wracać do Polski. Zostanę tutaj na jakiś czas, znajdę pracę, może zacznę jakieś studia. Pójdę do psychiatry i ostatecznie się zdiagnozuję. Mam już dość życia w tej ciągłej pustce i smutku. To nie może być normalny stan. Po prostu nie może.

Jestem dzisiaj ponurym kotem. Mam zamiar spędzić wieczór z książką, leżąc w łóżku. Na weekend też specjalnych planów nie mam, skupię się więc na zdrowieniu. Oby było tylko lepiej.

sobota, 17 października 2015

Zimno i chorowicie

No i stało się. Rozchorowałam się. Dopadła mnie ta paskudna pogoda, mimo że starałam się nosić ciepłe ubrania i nie wypełzać na zewnątrz bez kurtki. Gardło boli do tego stopnia, że nie jestem w stanie mówić ani połykać. Zaczęło się wczoraj, czułam się osłabiona i miałam wrażenie, że moje reakcje są nieco opóźnione. Późnym wieczorem nie byłam już w stanie mówić i miałam gorączkę. Wzięłam dwa paracetamole i poszłam spać.
Noc była ciężka. Zawsze mam ciężkie noce, gdy jestem chora. Myślę, że to przez gorączkę - mój mózg trochę się smaży i powstają z tego dziwne sny i mary nocne. Budziłam się kilka razy, za każdym razem wsłuchując się w bicie mojego serca, za każdym razem mając wrażenie, że bije za szybko. Upewniając się, że nadal żyję. Żyję.

Poranek nadszedł nieśpiesznie.

Trochę wmusiłam w siebie śniadanie, ale za to wypicie herbaty przyniosło mi częściową ulgę. Teraz skończyło mi się picie i powinnam zejść na dół po nową porcję płynów, ale jakoś nie mam motywacji. Jestem zmęczona i chora. Marzę o tym, żeby był ktoś przy mnie. Włączył mi film, przyniósł herbatę i zapytał, czy nie chcę dodatkowego koca. Czemu zawsze, gdy jestem chora, budzi się we mnie takie dziecko, które chciałoby, żeby ktoś się o nie zatroszczył? Chciałabym tego nie czuć i "wziąć się w garść".

Spędzam dzisiejszy dzień w łóżku, jutro muszę być w znośnym stanie, bo wieczorem wybieram się przecież na długo wyczekiwany koncert Riverside!

PS Gdy słucham nowego albumu, mam ochotę sprzedać bilet. Mam ogromną nadzieję, że zagrają chociaż kilka kawałków z poprzednich krążków. Mam wrażenie, że wszystkie teksty nawiązują w jakiś sposób do wirtualnego życia. I to w taki irytujący sposób. I mam wrażenie, że miłość jest w tym albumie tania i przereklamowana. Teksty, których nie powstydziłaby się Taylor Swift. Riverside śpiewający o miłości i o Internecie. Niedobrze mi. Jestę dzisiaj hejterę.
Z drugiej strony pamiętam, jak dwa lata temu hejciłam ich nowo wydany wówczas album. A teraz uwielbiam większość kawałków z niego.
Trudno jest przyzwyczaić się do zmian...

I don't want to feel
Like I'm no one anymore
In my invisible "life"

czwartek, 15 października 2015

Het Nederlands

Zauważyłam ostatnio, że w ciągu ostatnich sześciu tygodni nabyłam umiejętność (prawie) bezproblemowego rozumienia języka niderlandzkiego. Mój język mówiony również staje się z dnia na dzień coraz lepszy.

Mieszkam w Holandii od 13 miesięcy i zdołałam nauczyć się języka w takim stopniu, żeby być w stanie przestać używać angielskiego. Jestem z siebie cholernie dumna. Myślę, że te pierwsze pół roku było w sumie tak trochę zmarnowane, bo mieszkałam z ludźmi, którzy niderlandzkiego nie znali, do tego chodziłam na nudny kurs językowy i postęp był minimalny. Po pół roku postanowiłam po prostu zacząć używać języka - w pracy, w sklepie czy na ulicy. Później poznałam I., który jako tłumacz przysięgły też miał bardzo duży wkład w rozwój mojego języka. Ale prawdziwy postęp zaczął się wraz z przeprowadzką do niderlandzkiej rodziny, w której dzieci nie mówią po angielsku. Tutaj używanie języka stało się koniecznością, nie tylko wyborem. Już nie dało się wybrać leniwej opcji rozmawiania ze wszystkimi po angielsku.

Co więc robię? Rozmawiam z dziećmi, z ich rodzicami, nauczycielami i sąsiadami. Czytam dzieciom niderlandzkie bajki na dobranoc (tak, w czytaniu na głos też widzę duży postęp, np. w przypadku akcentu i intonacji). Rozumiem więcej żartów słownych, znam różne przysłowia i powiedzonka. Mówię swobodniej. Mniej się zastanawiam - więcej mówię. Nawet, jeśli czasami nie pamiętam o właściwym szyku zdania - zawsze zdaję sobie sprawę z tego, że mówię niepoprawnie. I następnym razem próbuję się pilnować. Przy dzieciach codziennie uczę się nowych słów. Doceniam też ich cierpliwość - czasem muszą tłumaczyć mi, co dane słowo znaczy.

Dużo daje mi też tandem językowy, który stworzyliśmy sobie razem z P. - gdy się spotykamy czy piszemy ze sobą, robimy to wyłącznie po niderlandzku. I nam obojgu to bardzo pomaga.

Ciągle słyszę, od wszystkich ludzi dookoła, jaki to mój niderlandzki jest dobry. To też pomaga. Gdy odwiedzam moich klientów, byli współpracownicy nie mogą się nadziwić (i nacieszyć - rozmawianie ze mną po angielsku nie było najprzyjemniejszą rzeczą w ich życiu, haha).

Zatem, po 13 miesiącach w Holandii może i nie noszę chodaków i nadal reaguję odruchem wymiotnym na widok (i zapach) surowego śledzia, ale jedno mogę powiedzieć na pewno: Ik spreek heel goed Nederlands!

poniedziałek, 5 października 2015

Światełko w tunelu?

Jakiś czas temu wybrałam się do Amsterdamu na piknik osób, które korzystają z Duolingo ucząc się niderlandzkiego. Poznałam tam kilka ciekawych osób. Z jedną z nich mam kontakt nawet do teraz. Jest to młody facet z USA. Przyjechał do Holandii na studia. No i tak jakoś wyszło, że zaczęliśmy pisać że sobą. Wcześniej się okazało, że mamy urodziny prawie w ten sam dzień.

I to pisanie trochę mnie niepokoi.

Podoba mi się jego sposób patrzenia na świat i życie. Podoba mi się to, że praktycznie na nic nie narzeka. Podoba mi się to, że ma cele do których dąży i pasje, w które się maksymalnie wkręca. No i podoba mi się to, że po roku tutaj również potrafi się komunikować po niderlandzku. Nasz niepisany układ jest taki, że rozmawiamy ze sobą, w ramach ćwiczeń, tylko po niderlandzku.

Niepokoi mnie to, że znowu ktoś wkrada się do mojego życia, a ja mu na to mimowolnie pozwalam, jakoś szczególnie nie protestuję. Potrzeba mi w życiu trochę światła i ciepła. Potrzeba mi miłości, jakkolwiek tanio by to nie zabrzmiało. Niepokoję się, ale i cieszę z każdej jego wiadomości, zwłaszcza gdy pisze mi sam z siebie o jakichś kompletnych pierdołach. Albo wysyła mi zdjęcie pierwszej strony książki, którą właśnie czyta. Bo gdy się z kimś dzieli szczegółami, to znaczy, że jakoś się myśli o tej osobie? I że zależy jakoś, prawda?

Mamy się spotkać w ten weekend. I oglądać "Despicable me", czyli słynne Minionki. I nie wiem, co jeszcze robić. Tzn. ja wiem na pewno, że wrócę grzecznie do domu, bo przecież w poniedziałek muszę pracować, na szczęście. : ) Może zabiorę ze sobą Scrabble. Bardzo chciałabym z kimś zagrać w Scrabble.

Boję się, że znów się zakocham. Cieszę się, że znów się zakocham.
Boję się, że znowu oddam komuś cząstkę mnie, a w zamian nie dostanę nic. Trzymam kciuki za siebie. Muszę w końcu przestać umierać, przecież ten smutek nie może trwać wiecznie. Po prostu nie może. Może to jest właśnie ta osoba, właśnie ta chwila i właśnie ta relacja. Może się uda. Muszę w końcu przestać umierać i zacząć żyć.

I nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości... jak ty.

wtorek, 29 września 2015

Załamanie nerwowe

Wczoraj nadeszło długo odwlekane i długo oczekiwane załamanie nerwowe.

Dzieci miały wolne od szkoły, więc były ze mną przez cały dzień. Marudzące, wiecznie niezadowolone istoty, które zamiast bawić się i szaleć na naprawdę wypasionym placu zabaw, najchętniej siedziałyby zamknięte w czterech ścianach, wpatrzone w laptopa, telefony czy tablety. Gdzie się podział ten zapał, ten ciągły pęd? Gdy byłam w ich wieku, nie dało się mnie utrzymać w domu. Spędzało się całe dnie na zewnątrz, niezależnie od pogody. Do domu wpadało się tylko na chwilę, coś zjeść (albo tylko zabrać ze sobą kanapkę) i zaraz wracać do zabawy. Na wsi nie było placu zabaw. Nawet zwykłe huśtawki były atrakcją. Pamiętam, jak uwielbiałam jeździć w odwiedziny do krewnych, którzy mieszkali na blokowiskach w mieście, a przed blokiem zawsze były place zabaw: dwie huśtawki, piaskownica, zjeżdżalnia, czasem karuzela.

I wieczór wczoraj z nimi też był ciężki. Nie dałam się wyprowadzić z równowagi, ale wewnątrz czułam się okropnie. Gdy tylko z pracy przyjechała mama dzieciaków, zaraz zwinęłam się do swojego pokoju. Zanurzyłam się w ciszy, a potem w ciepłej wodzie pod prysznicem. Czułam, jak spływa ze mnie całe zmęczenie. Wreszcie byłam w stanie płakać.

Spod prysznica wyszłam jak nowo narodzona.

I potem, przeglądając Internet natknęłam się na wiersze Jasnorzewskiej. Pierwszym, który wpadł mi w ręce, był ten. O losie, ależ potrafisz mi dopiec i wrzucić mnie w dolinę rozmyślań...

Nie widziałam cię już od miesiąca.
I nic. Jestem może bledsza,
Trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,
Lecz widać można żyć bez powietrza.

M. Pawlikowska-Jasnorzewska, Miłość

A ogólnie życie płynie mi dobrze. Ale zanim znowu zacznę tu radośnie ćwierkać, jak to mi fajnie, przemyślę wszystko pięć razy i poczekam trochę. Kto wie, jaka prawda wypłynie tym razem.

poniedziałek, 28 września 2015

sobota, 19 września 2015

Znów wszystko poszło nie tak

Był sobie post, został napisany, nawet chyba kliknięto przycisk "opublikuj", ale coś poszło nie tak.

I nie będzie notki, nie będzie słów, myśli zostaną.

Smutno mi...

sobota, 5 września 2015

Dom wariatów

Wszeszczą na siebie. Płaczą. Krzyczą.

Miał być wolny, samotny weekend - rodzina goszcząca miała wyjechać na północ Holandii odwiedzić jakichś krewnych i mieli tam zostać do niedzielnego wieczora.
Wyjechali dzisiaj rano. Spakowali się i około 9:00 już ich nie było.

Gdy wstałam z łóżka (ominęłam śniadanie, żeby trochę dłużej pospać), w domu był tylko pies i cisza. Cisza. Cisza. Absolutna cisza. Tylko czasami stukanie łapek na panelach.
Pojechałam do sklepu, zrobiłam małe zakupy, wróciłam, obejrzałam dwa odcinki serialu, wykąpałam psa i zastanowiłam się, co będę robić w ten samotny weekend. Cichy weekend. Jeden z niewielu, jakie są mi dane tutaj, bo cicho jest wyłącznie wówczas, gdy nie ma dzieci.
Dla sprostowania powiem, że uwielbiam dzieci, ale uwielbiam też ciszę i spokój. Te dwie rzeczy nigdy nie idą ze sobą w parze i jestem tego świadoma. Dlatego tak ubóstwiam każdy moment, gdy jestem sama i mogę porozkoszować się ciszą.
Na lunch zjadłam pasta pesto (mmmmmmmm!), obejrzałam jeszcze jeden odcinek serialu i czułam się naprawdę gezellig. Około 14, przez przypadek zerknęłam na telefon, który dostałam od nich.
Zielona ikonka WhatsApp migała.
Wiadomość.
W połowie drogi zepsuł im się samochód. Nigdzie nie pojadą. Zostaną przywiezieni z powrotem ok. 15.

Nie będzie ciszy.
Nie będzie spokoju.
Będzie głośno.
Będzie nieznośnie.
Moje plany legły w gruzach.

Wszyscy są podenerwowani, zwłaszcza rodzice. Nie mają dzisiaj dla siebie cierpliwości.
Dzieciaki wyją, zawiedzione, że musiały wracać do domu.
Ja mam wolne, więc nic nie robię.
Ojciec wrzeszczy na dzieciaki, a one wrzeszczą na niego. Wszyscy wyją.
Nawet pies szczeka. Dom wariatów.

A ja siedzę w swoim pokoju, udało mi się dzisiaj gruntownie wszystko posprzątać.
Jest mi nawet przyjemnie, ale brakuje mi tego stanu umysłu - gdy się jest samemu i można chodzić po domu bez spodni.

piątek, 28 sierpnia 2015

Mru-mru

Zakończyłam niedawno EVS.
Szczerze mówiąc poczułam ulgę - miałam trochę dość tego, że moi klienci umierali (czterech w ciągu 12 miesięcy...), praca przestała przynosić mi satysfakcję i byłam ogólnie ujmując znudzona. Potrzebowałam czegoś nowego.

Wczoraj przeprowadziłam się do malutkiej miejscowości na południu Holandii, nieopodal Tilburga. 20 minut rowerem i jestem w Belgii. Spędzę tutaj rok mieszkając z sześcioosobową rodziną, jako au-pair.

Po dzisiejszym dniu czuję zmęczenie.
Nie widzę w tym wszystkim celu.
Nauczyłam się doceniać ciszę i tak cholernie za nią tęsknię.

Wiem, że początki bywają ciężkie, dlatego po prostu czekam, aż to minie i zacznę się cieszyć.
Chcę odwiedzić moich klientów, być może w weekend za dwa tygodnie. Przyjadę spędzić z nimi trochę czasu, odprężę się, posłucham ciszy i ptaków.

Dzisiaj po raz pierwszy jeździłam w Holandii samochodem. Byłam nawet w Tilburgu. Jeżdżenie po mieście jest męczące, ale dałam sobie jakoś radę. Silnik zgasł mi tylko dwa razy i nikt na mnie nie trąbił. W Polsce to byłby koszmar - tutaj ludzie jakoś przyjaźniej reagują. Pamięta wół, jak cielęciem był. Mimo wszystko muszę trochę ogarnąć przepisy ruchu drogowego tu, w Holandii, bo - jak się okazuje - wcale nie są identyczne, jak w Polsce. Widziałam sporo nowych znaków, np. dotyczących rowerzystów na drodze. Muszę ogarnąć, kto, kiedy i dlaczego ma pierwszeństwo.

Piszę o tym na końcu, ale to mi w sumie najbardziej leży na wątrobie.
Chciałam komuś powiedzieć, - pierwszy raz w życiu sama z siebie chciałam to komuś pierwsza powiedzieć - że kocham tę osobę. Ale ta osoba się nie zjawiła. Na domiar złego przyznała się potem do wielu rzeczy. Czy ja naprawdę zawsze muszę kochać niewłaściwe osoby? Dlaczego znowu czuję, że jakaś część mnie umarła?

Nie ma mnie tu - duch ciało opuścił...

Hey - Mru-mru, 2003 


czwartek, 30 lipca 2015

Melancholia

Zawsze zastanawiało mnie, czym jest melancholia, jako że sam czasami padam jej ofiarą. Nie chcę tu używać modnego słowa „depresja”, chociaż ono zawiera w sobie cenne znaczenie „bycia poniżej”, w głębokim dole, w jakichś Żuławach Wiślanych, czy Obniżeniu Elbląskim życia. Pozostańmy przy melancholii, bo nie wiąże się z nią ani zapach oddziału Szpitala Psychiatrycznego, ani też dym z papierosa terapeuty. Przy melancholii nie ma mowy nawet o kolorowych tabletkach, leżących co rano przy kubku z herbatą.
Melancholia to drogi zasypane przez śnieżną burzę w środku lata. Melancholia to miotanie się w kółko wokół tych samych słów, które niczym natrętne muchy zataczają kręgi nad głową. To są też białe noce i zmęczenie po przebudzeniu, jakby człowiek biegał wiele godzin i łapał neutrina w podwinięte rękawy. To złowieszczy, dudniący rytm, wybijany gdzieś w oddali, rytm odmierzający kolejne sekundy i minuty.
Nie da się inaczej pochwycić sensu tego stanu, jak tylko spoczywając w samym jego wnętrzu, w zapieczętowanym wagonie stojącym na kolejowej bocznicy.


P. Kofta, Melancholia, [w:] Piękne wieczory, Warszawa 2004

sobota, 25 lipca 2015

Nuklearne emocje Nuklearnego Kota

Drodzy Czytelnicy!

Chciałabym przedstawić Wam część drugą mojego Nuklearnego świata - nowy blog będący realizacją planów powstałych w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Szczegóły znajdują się już w nowym miejscu, dostępnym TUTAJ.

Nie znikam jednak z NPNK, blog będzie nadal prowadzony, forma nie zostanie zmieniona. Nowy blog stworzony został wyłącznie celem zachowania jako takiego porządku i nie zaśmiecania NPNK postami nie na temat.

czwartek, 23 lipca 2015

Brak roweru i pustka

Ukradziono mi rower.
Niby Holandia, niby to normalne, niby każdemu kiedyś ukradziono rower, ale jakoś tak szczególnie mnie to przybiło. To był świetny rower. Spędziłam na nim mnóstwo dobrego czasu. Zwiedziłam sporo ciekawych miejsc w okolicy. Byłam na keszach. Śmiałam się, jeżdżąc z ludźmi, których lubię.
A teraz już go nie ma.

W życiu prywatnym też jakaś taka trochę pustka.
Siedzę sama w pokoju, kolejny wieczór z rzędu. Wcześniej kilka spotkań, z których w sumie nie wyszło nic konstruktywnego i późnym wieczorem, a może i nawet już nocą, i tak zbierałam się do domu.
Czemu nigdy nikomu nie przyszło do głowy, żeby powiedzieć mi "zostań", gdy mówiłam, że muszę już iść? Czemu nigdy nikt nawet nie spróbował mnie zatrzymać? Czemu to zawsze ja jestem tą, która mówi "a może zostaniesz jeszcze trochę; a może wrócisz kolejnym pociągiem; a może nie wrócisz dzisiaj wcale, bo mam duże łóżko i tak cudownie mi się z tobą rozmawia"? Czemu to zawsze ja jestem tą, która wraca do pustego pokoju, zamyka za sobą drzwi, kładzie się na łóżku i marzy o nieistnieniu?

Summer is miles and miles away
And no one would ask me to stay *


Czemu nigdy nikt nie zrobił dla mnie niczego szalonego? Czemu nikt nigdy nie pojawił się znienacka na stacji kolejowej, czekając "przypadkiem" na ten sam pociąg, którym jeżdżę co rano? Czemu nikt nigdy nie czekał na mnie pod drzwiami uczelnianego kampusu czy akademika? Ile razy marzyłam o czymś takim. Ile razy marzyłam o kimś takim. O kimś, kto wyrwałby mnie na chwilę z tej powtarzalności, przewidywalności i schematów.

Ale to wszystko się nie wydarzy.

At times the dark's fading slowly but it never sustains
Would someone watch over me in my time of need? *


* Cytaty zaczerpnięte z utworu Opeth - In My Time of Need, do przesłuchania poniżej.


niedziela, 12 lipca 2015

Przyczyny

To nie jest dołek, prawda?
To tylko Riverside w głośnikach, 179 osób na WhatsApp i brak kogokolwiek, do kogo można by się odezwać, opalanie weekendowe, Lucas, który jest w Holandii i nawet nie wpadnie na to, żeby się odezwać, Stella, która ostatnio zaczęła być mętna...
Takie otępienie weekendowe, jakiś nieokiełznany marazm, którego nie sposób się pozbyć.

Nie cierpię nie rozumieć przyjaciół. Albo – jeszcze gorzej – próbować zrozumieć i wymyślać coraz okropniejsze przyczyny ich działań.
   

niedziela, 5 lipca 2015

Paranoje

Ostatnio dopadają mnie moje paranoje i czuję się mało bezpieczna. Czuję, że niedługo mogę umrzeć z czyichś rąk. Miałam sen jakiś czas temu, śniło mi się, że mój koordynator dźgnął mnie nożem i umierałam powoli. Mam wrażenie, że sen się spełni. Coś mi mówi, że ten gość to psychopata i że gdy tylko złożymy na niego skargę do National Agency, jemu coś odbije i zrobi nam coś złego. Boję się tego. Mam tyle planów na przyszłość. Chcę zobaczyć Islandię i chcę mieć dzieci, i dom, i tyle innych rzeczy. Nie chcę umierać.
Proszę Cię, Czytelniku, jeśli nagle stąd zniknę, zasugeruj Policji, że to mógł być on. Nie chcę, żeby temu skurwielowi coś jeszcze uszło na sucho.
Ten post brzmi schizofrenicznie, ale zrób to. 

PS Świadomość, że ten post jest online podnosi mnie trochę na duchu.
    

wtorek, 30 czerwca 2015

Loty i przeloty

Start samolotu. Niby taka normalna rzecz, niby nic, a jednak zupełnie różne są moje reakcje.

Bałam się tylko wtedy, gdy pierwszy raz leciałam samolotem. Start był dla mnie czymś zupełnie nowym. Za drugim, trzecim i dziesiątym razem najczęściej zamykałam oczy zaraz po wejściu na pokład, zakładałam słuchawki i nie interesował mnie za bardzo ten cały zgiełk i podenerwowanie dookoła. Było mi sumie wszystko jedno - i tak od dłuższego czasu jakoś nie widzę sensu w moim życiu, więc śmierć w katastrofie w sumie byłaby mi nawet na rękę.

Dzisiaj było inaczej. Wsiadając, czułam dziwny ucisk w klatce piersiowej. Gdy samolot zaczął startować, miałam wrażenie (ba!, byłam tego pewna), że zaraz zaczniemy spadać. Miałam w głowie wizję ciał rozszarpywanych przez siłę uderzenia. Czułam strach.

Dotarło do mnie dzisiaj, że ludzie reagują różnie na sytuacje pozornie takie same. Nie jest mi już wszystko jedno, czy będę żyć, czy może zginę. Chyba zaczynam martwić się o swoje życie. Dlatego start samolotu jest dla mnie czymś stresującym.

Ciekawe, jakie będzie lądowanie... Piszę ten post będąc wysoko, wysoko...

PS Pisane już później: lądowanie przebiegło pomyślnie. : )

sobota, 20 czerwca 2015

Rany

Nie wiem, jak to się stało, ale udało mi się jakiś czas temu wpaść w ten dziwny stan zwany zakochaniem. Ze wszystkimi jego objawami: bólem gdzieś w żołądku, niemożnością jedzenia, nieuzasadnionym pragnieniem widywania tej osoby najlepiej codziennie. Pewnie to przez tę ciepłą aurę, która nareszcie powoli nadeszła, pewnie to przez tę bardzo długą zimę (chociaż wcale nie zimną, raczej tę metaforyczną).

Zakochałam się, jak to ja, w niewłaściwym człowieku.

Na początku, naćpana endorfinami, czułam euforyczne szczęście. Gdy okazało się, że jest idealnie tylko w mojej głowie, spadłam na samo dno. Nadal tam jestem.

Mój związek zakończył się wczoraj, gdy do smutku doszedł jeszcze paniczny strach. Głupotą było myślenie, że coś się znaczy.

Teraz pora zacząć lizać rany, które w sumie nawet nie są aż takie głębokie, ale mimo to skurwysyńsko bolą.

Głowa do góry, Kocie, ogarniemy to.

niedziela, 14 czerwca 2015

CZEMU?

Czemu tu jestem, jeśli wcale nie chcę tu być,
Nie chcę żyć, chcę już umierać.
Umarłabym tu i teraz, gdybym mogła.

Włóczę się, zastanawiam,
Czy to jeszcze ma sens, skoro ciągle tak
Sama, sama, sama.

Chciałabym wziąć sznurek, zaczepić go w jakimś wysokim punkcie, zapleść pętlę, wejść na stołek, założyć pętlę na szyję, rozbujać stołek, stracić kontrolę, zawinsnąć na sznurku, za szyję. I tylko chrzęst miażdżonej krtani. Ratunku nie ma, jestem tylko ja i przemijanie.

Trzy sekundy i nie ma mnie.

Już nawet wszystko mi jedno, co zrobią z moimi rzeczami...

Gdyby to ode mnie zależało, nigdy bym się nie urodziła.
Na pewno.
I nigdy.

piątek, 12 czerwca 2015

Śmierć vs. umieranie

Boję się ostatnio śmierci. Śmierci, nie umierania.

Ludzie dookoła mnie zaczęli wymierać. Kilka dni temu zmarł jeden z moich klientów, Reinder. Trzeci klient w ciągu mojego wolontariatu, a wciąż zostały trzy miesiące do jego końca.

Wychodzę codziennie z domu, jadę do pracy. Podróżuję. Korzystam z pociągów, autobusów, samolotów. Jakie jest prawdopodobieństwo, że tym razem wyszłam z domu po raz ostatni i już nigdy do niego nie wrócę? Spakowaliby wszystkie moje rzeczy do kartonów i wysłali z powrotem do Polski, ale to tylko przy dobrych wiatrach. Przy gorszych - plastikowe worki i kringloop. Lubię moje rzeczy. Dlatego nie chcę umierać i chcę wrócić do domu: dzisiaj, jutro i zawsze. Nieważne, czym będzie ten dom.

Gdy zmarł Jan, spakowali wszystkie jego rzeczy do plastikowych worków i wyrzucili na śmietnik.
Gdy zmarł Johannes, rodzina spakowała jego rzeczy do kartonów i wysłała do Rumunii. To ma jeszcze sens.
Musimy uprzątnąć pokój Reindera i nie wiem jeszcze, co się stanie z jego rzeczami.

Boję się, że wywalą wszystkie moje rzeczy, gdy już umrę.
Tylko to mnie przeraża.

I chyba opuściła mnie trochę dobra passa...

Waiting - from the moment you realise you're gonna be dumped, until the moment you actually get dumped.

niedziela, 31 maja 2015

Pianino

Na stacji kolejowej w Nijmegen jacyś dobrzy ludzie wpadli na genialny pomysł, żeby postawić pianino. Jest to projekt buiten spelen, czyli "granie na świeżym powietrzu". Każdy, kto ma ochotę, może przysiąść przy pianinie i zagrać dla śpieszącego się tłumu ludzi. W Polsce też widziałam takie panino, tylko raz, na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Czasami ludzie grają okropnie, ale zdarzają się też prawdziwe perełki. Tak też było i dzisiaj.

Byłam w drodze do Tilburga, jechałam z przesiadką w Nijmegen. Miałam 30 minut do przeczekania pomiędzy pociągami. Przy pianinie na stacji siedział chłopak, na oko jakieś 20 lat, obok niego stał drugi młodzieniec, wiek mniej więcej ten sam. Chłopak zaczął grać. Nigdy wcześniej nie słyszałam niczego podobnego. Grał z ogromną pasją. Drugi chłopak tylko stał, pił red bulla i przyglądał się koledze. Stanęłam z daleka, oparłam się o barierkę i chłonęłam muzykę. Chłopak skończył utwór, zaczął grać kolejny, tym razem wolny, łóżkowy kawałek. Miód dla uszu. Nie popełniał żadnych błędów. Grał całym sobą. Miałam ochotę podejść i podziękować mu za tę muzykę. A potem wyjąć wszystkie moje oszczędności i błagać go o napisanie i zagranie soundtracka do mojego życia.

Nic takiego się nie wydarzyło. Za to wydarzyło się coś więcej.

Grający chłopak wstał, objął swojego kolegę i pocałował go w usta.
Stojący chłopak wypuścił z rąk pustą puszkę po red bullu.
Trwali tak chwilę, w uścisku. Nikt nie zwrócił na nich uwagi.

Cichutko oddaliłam się w stronę peronu, jakby bojąc się, że mogę zniszczyć im tę magiczną chwilę. Przypadkiem stałam się świadkiem czegoś wyjątkowego.

Miłość jest magią i chyba zaczynam znowu w nią wierzyć. ; )

sobota, 9 maja 2015

Jogging i ja

Właśnie zakończyłam pierwszy tydzień porannego biegania. : )
A więc tak: budzę się o 6:30, piję kawę z mlekiem sojowym i o 7:00 wychodzę na zewnątrz. Jest jeszcze chłodno, słońce nisko nad horyzontem. Ludzie leniwie wychodzą ze swoich domów. Zaczyna się nowy dzień. Niektórzy jeszcze śpią, ale za godzinę, dwie, trzy i tak będą już wstawać.

Maszeruję w stronę parku, trwa to jakieś 5 minut. W parku rozgrzewka, kolejne 10 minut. Około 7:15 zaczynam mój trening. Jako że osoba ze mnie mało usportowiona, postanowiłam zacząć "z głową", a mianowicie z programem "Biegaj 40 minut". Zaczyna się od interwałów (na przemian bieg i marsz), by po 12 tygodniach być w stanie przebiec bez zatrzymywania pełne 40 minut. Trening dla słabeuszy, jak ja. Po interwałach (30 minut) dodaję jeszcze 10 minut marszu i 5 minut ćwiczeń rozciągających. Całość zamyka się w około godzinie. Biegam głównie po lesie, mamy bardzo ładne i bezpieczne ścieżki, do tego wszechobecną zieleń i śpiew ptaków.

Po pierwszym dniu (poniedziałek) czułam się świetnie, ale następnego dnia miałam okropne zakwasy. Po drugim dniu (środa) miałam energię na cały dzień. Zakwasy już nie wróciły.
Trzeciego dnia postanowiłam biegać po części lasu, której nie znam. I chyba jestem średnio inteligentnym Kotem, bo po godzinie treningu stwierdziłam, że nie mam bladego pojęcia, gdzie jestem. Postanowiłam pomaszerować trochę ścieżką, którą (wydaje mi się) kiedyś już szłam. Po kolejnym kwadransie miałam przed sobą tylko ścieżkę i bezkresny las.
Postanowiłam wspomóc się GPS-em. Okazało się, że jestem cztery kilometry od miejsca, z którego wyruszyłam! Szłam dokładnie w przeciwną stronę, niż powinnam.

Pomyślałam sobie: "trudno, jeszcze trochę pomaszeruję". I tak maszerowałam te cztery kilometry, nie chcąc już biec, bojąc się zakwasów następnego dnia. Po jakichś 45 minutach znalazłam się w miejscu, które znałam. Gdy wróciłam pod dom, okazało się, że przebywałam "w terenie" prawie dwie godziny! Dwie godziny treningu dla takiego słabeusza, jak ja! W mojej wyobraźni czułam już ten dobrze znany ból przepracowanych mięśni.

Gdy obudziłam się dzisiaj rano, na początku bałam się poruszyć.
Później zdecydowanym ruchem wstałam z łóżka.
Zero bólu!!!

Bieganie mi się podoba. : )

piątek, 24 kwietnia 2015

Samotność

Zauważyłam ostatnio, że jestem bardzo samotna.
Nie pamiętam już, kiedy z kimś porozmawiałam, ale tak naprawdę. Nie odzywam się do mojej mamy, nie piszę do brata. Do ludzi, których lubię też jakoś nie piszę. Do nikogo nie dzwonię i nikt nie dzwoni do mnie. Od dawna, dawna, dawna. Nie wchodzę za bardzo na czat, nawet o tym nie myślę. Jedna współlokatorka, z którą znalazłam nić porozumienia, znalazła sobie faceta i ten nowy związek pochłania 100% jej uwagi.
Idę ulicą, patrzę na ludzi. Nikt mnie nie widzi. Kiedy stałam się tak dobitnie niewidzialna? Myślę, że zawsze już będę sama, że ta samotność i to uczucie nigdy nie minie. I nikt nie zwróci na mnie uwagi, bo każdy widzi, jaka zjebana jestem.
Nigdy nikogo nie pokocham, nigdy nikt nie pokocha mnie, bo jestem bezwartościowa, brzydka, nieciekawa, nietowarzyska, niewidzialna.
Chciałabym, tak bardzo chciałabym się nigdy nie urodzić.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Światełko

Pojawiło się jakieś takie maleńkie światełeczko w tunelu.

Byłam dzisiaj na au-pair interview. Nie wiem, jak to powiedzieć po polsku. Rozmowa o pracę? Ale to nie praca. Pociesza mnie fakt, że i tak nikt przygłupi tego nie przeczyta, a ci, co przeczytają, zrozumieją na pewno.

W każdym razie rodzina, którą odwiedziłam (nazwijmy ją rodziną "A"), mieszka jakieś 20 km od Lunteren, w małym mieście zwanym Amersfoort. Nawiasem mówiąc, bardzo lubię to miasto. Jest ładne i spokojne.
Rodzina "A" składa się z czterech osób: rodziców i dwóch dziewczynek w wieku 8 i 10 lat. Są to bardzo fajni ludzie, zrobili na mnie pozytywne wrażenie. Ja na nich chyba też, bo rozmowa była bardzo przyjemna, a na koniec powiedzieli mi, że zostajemy w kontakcie. Powiedziałam im lojalnie, że za tydzień mam jeszcze jedno spotkanie z inną rodziną (nazwijmy ją rodziną "B"). Odpowiedzieli, że powinnam wybrać to, co dla mnie najlepsze i że nie będą mnie namawiać, itp. Wzięli ode mnie numer telefonu i adres e-mail. Czekają na moją decyzję.

Szczerze mówiąc, nie wiem, co mam teraz robić. Rodzina "B", do której mam jechać w niedzielę (za tydzień) też wydaje się bardzo fajna, ale mają aż czwórkę dzieci. Z drugiej strony oferują kurs językowy na uniwersytecie, a to oznacza dobry jego poziom. Ale czwórka dzieci... Czy ja mam siły na takie przedsięwzięcie? Mam, ale czy mi się chce? Nie wiem, nie wiem. Myślałam, że to będzie łatwiejsze.

W każdym razie ta rozmowa przypomniała mi, że jestem wartościową osobą i że zawsze dobrze sobie radzę w rozmowach tego typu. Robię dobre wrażenie na ludziach, którzy chcą mnie zatrudnić. Zaczynam sobie układać w głowie wizję przyszłego roku: zostanę w kraju, który tak bardzo polubiłam. Prawdopodobnie z ludźmi, których też polubię, a oni będą lubić mnie. Nieważne, czy wybiorę rodzinę "A" czy rodzinę "B", czy może "X", "K" lub "P", to będzie kolejna przygoda, kolejny rok spędzony na czymś kreatywnym.

Wracając ze stacji do domu spotkałam Ogromnego Futrzastego Rudzielca (Huge Ginger Fluff). Wygłasiałam, a on się wyłasił i wymiauczał za wszystkie czasy. Chciał iść ze mną do domu, ale powiedziałam mu po niderlandzku, że musi zostać. Holenderskie koty nie rozumieją polskiego. Angielskiego też nie.

Wracam jutro na meetingi DDA. Powiedziałam lękowi społecznemu, że musi się na chwilę gdzieś schować i dać mi wrócić do tego, co sprawia mi przyjemność. Oby posłuchał.

Czas spać.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Zagubiona autostrada

Jedziemy autostradą, w sumie nie wiem nawet dokąd. Ty, obok ciebie mama, a na tylnym siedzeniu ja. Jest ciepło, więc to musi być lato. Na drzewach liście, delikatnie poruszane przez ciepły wiatr.

Zjeżdżasz na pas awaryjny. Mówisz, że jesteś już bardzo zmęczony i musisz się trochę zdrzemnąć. "Teraz ja mogę trochę poprowadzić", przebiega mi przez głowę, "niech tato trochę odpocznie". Mimo to, milczę. Mama mówi, że nie możesz się tutaj zatrzymywać i tak stać bez powodu, ale odpowiadasz jej, że to w porządku. Mama pyta, czy dobrze się czujesz, "tak", odpowiadasz.

Czuję ból. Zrywam się nagle, jak oparzona, nachylam się do ciebie z tylnego siedzenia. Oplatam ramionami twoją szyję. Czuję twoje ciepło, twój zapach. Słyszę własne słowa: "Tato, chciałabym, żebyś wiedział, że bardzo cię kocham. Proszę cię, nie umieraj kolejny raz". Odpowiadasz, że nie możesz już dłużej zostać, że twój paszport był ważny tylko przez cztery lata. Masz przy tym takie bezradne oczy. Patrzę w nie, mrugam, milczę, udaję, że nie usłyszałam, albo że nie do końca rozumiem. Obraz rozpływa się.

Budzi mnie przeraźliwy świergot ptactwa za oknem. Jest prawie szósta rano, już świta.

Dociera do mnie, że przecież nigdy tu nie byłeś, a mimo to czuję tu teraz twoją nieobecność.

Jest wtorek, 7. kwietnia 2015. Półtora miesiąca, odkąd cię z nami nie ma.

poniedziałek, 30 marca 2015

Ulice

Ulice, tak dużo ulic… Idę nimi sama, mijam budynki. Nie wiem, dokąd idę, chociaż wydaje mi się, że znam bardzo dobrze drogę do tego miejsca. Czas nie ma większego znaczenia, liczy się bardziej proces dotarcia na miejsce. Chłonę przestrzeń, chłonę te ulice, chłonę zachmurzone niebo. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że nie idę już sama, że jesteś obok mnie. Idziemy i rozmawiamy, jak kiedyś. Jest normalnie i nienormalnie jednocześnie.

Nagle zaczynasz biec, usiłuję dotrzymać ci kroku, ale jestem słabsza i zostaję w tyle.

Wbiegasz do tunelu, przemykasz pomiędzy ludźmi, bardzo się dokądś śpieszysz. Krzyczę za tobą, że nie dam rady dłużej biec, że nie jestem wystarczająco szybka, pędzisz, znikasz gdzieś, pewnie wbiegłeś już na peron, biegnę dalej. Schody są dziwnie wąskie i mam wrażenie, że zaraz spadnę.

Jestem już na peronie. Stoją na nim dwa bezimienne pociągi. Tablice nad torami są nieczytelne, nie wiem, do którego pociągu wsiadłeś, czuję bezradność. Co zrobić? Zamykają się drzwi wagonów, jeden z pociągów odjeżdża, rozpaczliwie szukam wszędzie twojej twarzy, ale jestem tam zupełnie sama. Czy wrócisz tu po mnie? Czy zostawisz to wszystko i spróbujesz mnie odnaleźć? Czuję tylko lodowate podmuchy marcowego wiatru na twarzy. Obraz zamazuje się.

Jestem teraz w pociągu, ale nie wiem, dokąd jadę. Dookoła mnie twarze, które skądś rozpoznaję. Pociąg staje, wszyscy wysiadają, też chcę wysiąść, ale moja torba rozrywa się i cała jej zawartość wypada na podłogę, rozsypuje się po całym wagonie. Zbieram mozolnie swoje rzeczy. Drzwi zamykają się i zostaję zupełnie sama w opustoszałym wagonie.

Gasną światła.

Budzę się.

      

środa, 4 marca 2015

Tęsknię za Tobą, tato.

Leżę już w łóżku i odpada mnie ten smutek, przed którym tak się od kilkunastu dni bronię. Wspominam tatę, tego człowieka, dla którego nigdy nie miałam czasu, nigdy wystarczająco bardzo nie kochałam, nigdy do końca nie wysłuchałam i nawet nie starałam się zrozumieć powodów jego picia.

Mój tato od najmłodszych lat tułał się po świecie. Gdy miał trzy lata, zmarła jego mama. To sprawiło, że jego ojciec zaczął pić, przestał zajmować się synkiem, dziecko było zaniedbane. W końcu mój tato trafił pod opiekę dziadków. Ci ludzie wychowywali go jak swoje własne dziecko.

Mój tato był DDA, tak jak ja. Był też osobą uzależnioną od alkoholu.

Miał w życiu pod górkę, bardzo pod górkę. Ale znalazł sobie żonę, założył własną rodzinę, zbudował dom, którego sam nigdy tak naprawdę nie miał. Nie miał w życiu dobrych wzorców, a mimo to nie stoczył się, mimo to próbował być dobrym ojcem i mężem. Jestem pewna, że bardzo tego pragnął i zrobił wszystko, co mógł, aby zapewnić nam dobrą przyszłość.

Żałuję, że nie poświęciłam mu więcej mojego czasu. Żałuję, że nie mieliśmy lepszych kontaktów. Żałuję, że nie miałam czasu ani chęci, by go kochać i chcieć spędzać z nim czas.

Tęsknię za tym, co już nigdy więcej się nie wydarzy. Chciałabym raz jeszcze usłyszeć jego głos. Usłyszeć, jak opowiada jakiś dowcip albo ciekawostkę, którą wyczytał gdzieś w Internecie. Zobaczyć go siedzącego z wędką na brzegu jeziora. Chciałabym raz jeszcze usłyszeć przez telefon, że mnie kocha i że jest ze mnie dumny. Chciałabym odpowiedzieć, że też go kocham i że też jestem dumna, bo jest moim tatą.

Brakuje mi Ciebie, tato. Mam nadzieję, że jesteś teraz w lepszym miejscu i że nic Cię już nie boli.
Mam nadzieję, że nie musisz się już więcej tułać i jesteś teraz spokojny.

Kocham Cię, chociaż nigdy nie umiałam tego okazać. I wybaczam Ci.

czwartek, 29 stycznia 2015

Smutek vs. zmęczenie

Czy da się pomylić smutek ze zmęczeniem?

Od paru dni nie mogę się porządnie wyspać. Chodzę za późno spać i za wcześnie muszę się obudzić. Nawet jeśli położę się wcześniej, co najmniej przez kolejną godzinę przewracam się z boku na bok i głowę mam pełną myśli. Nie znoszę tego uczucia. Nic się z nim nie da zrobić. Nie mogę się zrelaksować, nie mogę wyłączyć umysłu. Leżę i męczę się jeszcze bardziej. Zasypiam. Budzę się godzinę przed budzikiem i nie mogę już spać. I ciągle się boję.

Dzisiaj jest już wybitnie kiepsko. Czuję się jak by mnie nie było. Słucham Pink Floyd i myślę o ostatecznościach.

W sobotę jadę do Amsterdamu na ACA Anniversary Day i muszę przygotować coś do jedzenia na lunch w stylu "pot-luck". Jutro pracuję tylko dwie godziny, do tego zobligowałam się też do przyjścia w niedzielę, bo moi klienci mają imprezę karnawałową. Nawet udało mi się wybrać dla siebie strój. Może nawet zrobię zdjęcie.

Życzę bardzo miłego wieczoru!

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Po

Byłam na meetingu. Okazało się, że przyszłam tylko ja i jeszcze jedna kobieta. Wcześniej wymieniałyśmy maile - to do niej napisałam na początku z zapytaniem, czy mogę dołączyć do grupy. Gdy zaczęła opowiadać o swoich doświadczeniach, miałam wrażenie, że opowiada o moim życiu. Mnie też udało się otworzyć. Na koniec zaoferowała, że może mnie podrzucić na stację kolejową w Ede-Wageningen, bo sama jechała do Nijmegen. Podczas tej podróży też fajnie nam się rozmawiało. Czuję, że nie jestem sama, a to już coś. W przyszły poniedziałek też się wybiorę, zaczyna się robić ciekawie, a po każdym meetingu mam (jednocześnie) głowę pełną myśli, a na duchu jakby trochę lżej...
PS 2. Taty operacja się udała, ale kolejne dni są decydujące. Lekarze nie powiedzieli, że będzie dobrze. Nic nie powiedzieli. Zmowa milczenia i niemówienia normalnie. Wiadomo tylko, że to ostatnia szansa. I wszystko zależy od niego.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Ja i DDA

Po dwóch miesiącach wymówek i zwlekania, udało mi się wreszcie dotrzeć na meeting grupy DDA. Okazało się, że nie było się czego obawiać - poznałam ciekawych ludzi, którzy w dużej mierze zmagają się z problemem podobnym do mojego. Czy to oznacza, że są w stanie mnie zrozumieć? Chciałabym w to uwierzyć.
Za tydzień kolejny meeting. Kciuki mile widziane!