wtorek, 30 grudnia 2014

22 lata życia

Dzisiaj, jak co roku, "świętujemy" moje urodziny. Nigdy tego nie robiłam, ale myślę, że to dobra okazja do podsumowania tych 22 przeżytych lat. W końcu 22 to taka ładna liczba. Chociaż, nie, wolałabym zrobić podsumowanie za rok. 23 jest ładniejsza. W ogóle liczby pierwsze są piękne. No, ale nie o tym...

W ciągu tych 22 lat:
- wyjechałam z domu i usamodzielniłam się (przynajmniej częściowo),
- zdałam maturę i obroniłam licencjat z logopedii,
- byłam w trzech poważnych związkach i każdy z nich udało mi się spierdolić,
- za czwartym razem zdałam egzamin na prawo jazdy, trzy razy oczywiście go nie zdałam,
- poznałam osobę, którą mogę nazwać przyjacielem,
- uświadomiłam sobie, że życie nie kręci się wokół pieniędzy,
- zaczęłam studiować drugi kierunek, a potem go olałam,
- byłam (i jestem nadal) niezdiagnozowana pod wieloma względami,
- odrzuciłam wiele osób, które chciały pomóc mi poskładać mój świat do kupy,
- muzyka stała się moim największym hobby, inne zmieniają się często, ale ona zawsze zostaje,
- wyjechałam na EVS, który okazał się (i okazuje się nadal) szkołą życia,
- byłam dobrym (chociaż często kontuzjowanym) wychowawcą kolonijnym,
- dwa razy w ciągu jednego roku skręciłam kostkę (w dodatku dwóch różnych nóg),
- nauczyłam się sama robić sobie zastrzyki w brzuch,
- zarabiałam na studia sprzątając mieszkania i jestem z tego dumna,
- pracowałam jako laborant i byłam w tym naprawdę dobra,
- zniszczyłam kontakt, który miałam i powinnam mieć z tatą,
- nauczyłam się biegle posługiwać trzema językami i uczę się czwartego,
- sprawdziłam się jako wolontariusz w wielu akcjach, również tych długoterminowych,
- zrozumiałam, że sama nie jestem w stanie sobie pomóc i muszę poszukać pomocy (na co, niestety, nie jestem jeszcze gotowa),
- byłam (i jestem) jednym z czynników, które wpłynęły na to, że życie mojego brata jest tak spierdolone, nigdy nie byłam dla niego prawdziwym wsparciem, budowałam swój sukces bazując na jego porażce, porównywałam się do niego, a to wszystko było niepotrzebne, NIGDY nie byłam dobrą siostrą i nawet nie starałam się być,
- uciekłam tyle razy, ile dało się uciec, uciekałam od wszystkiego przez całe moje życie (ucieczką był wyjazd na studia, nawet wybór LO, ucieczką były i są wszystkie kłamstwa, wyjazd na EVS, przelotne znajomości, końce związków... a na samym początku zaczęłam od ucieczki w swój świat, to było już bardzo dawno temu...),
- były chwile, gdy byłam naprawdę szczęśliwa, pamiętam je bardzo dobrze i pielęgnuję w mojej głowie, ale łatwiej pielęgnuje mi się chwile złe, najgorsze, po których nie chciało mi się już dłużej żyć, po których leżałam na zimnej podłodze w łazience przez pół nocy, a potem znalazła mnie przerażona mama, a ja nie miałam już więcej sił, żeby płakać,
- odkryłam, że mam słabość do ślicznych kartek urodzinowych, ogólnie okolicznościowych, uwielbiam je oglądać, wybierać dla kogoś i zachwycać się nimi, chociaż sama jeszcze nigdy żadnej wyjątkowej nie dostałam, a mam już 22 lata.

Mam już dość pisania, bilans nie wygląda zbyt kolorowo.
Nie będę sobie życzyć stu lat, zdrowia, szczęścia i pieniędzy, bo nie chcę przeżyć nawet połowy z tego, a w resztę nie wierzę.
Życzę sobie, żebym zaczęła iść do przodu. Niech ten 23. rok życia będzie pod znakiem zmian na lepsze. Nie tylko w życiu, ale i zmian w myśleniu. Tego chcę. Amen.



czwartek, 4 grudnia 2014

Odrzucenia

Przed chwilą poczułam to nieprzyjemne ukłucie gdzieś w okolicach serca, gdy zobaczyłam zdjęcia faceta, z którym spotykałam się ponad rok temu. Był przystojny, miły i bardzo pomocny. Dobrze się rozumieliśmy, ale odrzuciłam go. Odrzucam wszystkie osoby, które próbują stać się częścią mojego życia. Widziałam dzisiaj jego zdjęcia z kobietą, z którą jest teraz w związku. Jest teraz szczęśliwy. Wiem, że to mogłam być ja. Mogłam się uśmiechać na tych zdjęciach razem z nim. Moglibyśmy razem być szczęśliwi.
Ale nie będziemy.
Cieszę się, że jest szczęśliwy - współczuję sobie.
Jestem samotna.

środa, 26 listopada 2014

Babcia

– Byłam dzisiaj na ulicy. O 19:00 było już ciemno, ponuro, żadnych ludzi, żadnych zielonych drzew. Szaro i pusto. To pokazuje, ile to wszystko jest warte.
– Babciu, o 19 już zmierzcha, jest jeszcze zima. Ludzie są w domu, kto chciałby wychodzić o tej porze.
– Szaro i zimny wiatr. Zaniedbana ulica, spękany bruk, pusto i bez zielonych drzew. Urodziłam się jutro o 4 rano, rocznica. Będziesz pamiętać? Zapalisz świeczkę na cmentarzu?
– Babciu, pamiętam o twoich urodzinach. Zapalę świeczkę na grobie dziadka.
– Pójdź na cmentarz i zapal, to moja rocznica.
– Jest środek nocy, zapalę jutro, obiecuję! Dobrze babciu? Babciu?

Kołdra uwiera. Jest środek nocy, muszę powiedzieć o tym mamie. Zadzwonić do babci, ucieszy się, że mi się śniła.

Zwijam się w kłębek, sen zupełnie mnie rozbudził, a babcia... W ciemności nie ma kształtów, choć oczy otwarte, a ja wpatruję się w ciemność.

Babcia umarła dziesięć lat temu.

sobota, 16 sierpnia 2014

Uważajcie

Dostałam dzisiaj ciekawą, ale i poruszającą wiadomość na Facebooku, od dziewczyny, której kiedyś pomogłam:

Cześć! Zły okres już dawno za mną, mimo to czasem nachodzą gorsze wspomnienia (jak cudownie, że są obecnie tylko nimi). W każdym razie, chciałam Ci raz jeszcze podziękować, że w dobie ludzkiej znieczulicy, a już zwłaszcza tej w anonimowym Internecie, nie zignorowałaś wtedy moich słów i bardzo mi pomogłaś. Nie pamiętam, co wtedy siedziało mi we łbie, ale wiem, że byłam gotowa na wiele głupot, przez które mogłabym utracić szansę na obecne szczęście. Dziękuję i - tak, jak chyba zapowiedziałam Ci już wtedy - nigdy Ci tego nie zapomnę. Pozdrowienia. :)

Od paru dni mam naprawdę kiepski nastrój, ale ta wiadomość...

W lutym 2013 roku rozmawiałam na czacie z różnymi osobami. Nic nadzwyczajnego - pisanie o niczym. Wchodzę zawsze na te same czatowe pokoje, jest sporo ludzi, którzy robią podobnie - chcąc nie chcąc spotykamy się, pamiętamy siebie nawzajem, rozmawiamy ze sobą. To zbliża ludzi, a przynajmniej przybliża mnie do nich (nie jestem do końca pewna, czy to działa w obie strony). Na jeden z pokoi wchodziła pewna dziewczyna - w wieku zbliżonym do mojego, ładna, rozgarnięta. Wiedziałam o niej kilka rzeczy, czasami gadałyśmy, była między nami jakaś nić porozumienia.

Któregoś dnia dziewczyna ta weszła i była wyraźnie przybita. Pisała, że jest bardzo źle, że ma dość i że zawaliło jej się życie. Próbowałam z nią rozmawiać na privie, ale nie dało się - po paru minutach napisała coś w stylu "żegnaj" i wylogowała się. I wtedy wszystko się zaczęło.

A raczej ja coś zaczęłam: poszukiwanie. Próbowałam na wszelkie sposoby dostać się do niej, pomóc jej, uchronić przed czymś, co mogła zrobić. Przekopałam cały Internet, znalazłam ją na last.fm, aż wreszcie dotarłam do jej Facebooka. Napisałam wiadomość - nie odpisywała. Napisałam do jej znajomych, aż wreszcie ktoś podał mi jej numer telefonu. Napisałam SMS. Po chwili przyszła na Facebooka. Długo wtedy rozmawiałyśmy. Po tym dniu pisałyśmy jeszcze kilka razy i kontakt się urwał, ale widziałam ciągle, że jest raz na jakiś czas online na facebookowym czacie. To mi wystarczało. Po roku usunęłam się z jej grona znajomych - nie chciałam być fikcyjnym znajomym, wspomnieniem złego czasu. Dziewczyna w końcu wyszła na prostą i wszystko było okej.

A dzisiaj, równo o 22:00... Ona napisała do mnie. Napisała, żeby podziękować za to, że ją wtedy uratowałam. Za to szczęście, które teraz ma - tak jakby ono zależało w jakikolwiek sposób ode mnie.

Ja tylko nie pozwoliłam zgasnąć malutkiej iskierce.

Proszę, jeżeli ktokolwiek to teraz czyta: bądźcie uważni. Patrzcie na ludzi wokół Was. Obserwujcie. W razie potrzeby - reagujcie. Nie pozwólcie im odejść zbyt wcześnie. Jest jeszcze tyle pięknych rzeczy do zrobienia. Wystarczy tylko chcieć - a chcieć to MÓC.

Optymistycznie pozdrawiam. (:

czwartek, 14 sierpnia 2014

Sama nie wiem...

Nie było mnie tu tak dawno, że w sumie nawet nie wiem, o czym miałabym napisać... Wiele się wydarzyło. Zdałam licencjat, wyjechałam na obóz, na pierwszym turnusie skręciłam kostkę i wróciłam do domu z nogą w gipsie. A miało być tak pięknie...

Siedzę w domu i zdycham z braku konkretnych zajęć. Gipsu już nie mam, ale noga jest ciągle jeszcze mało sprawna. Kuśtykam.

Dzisiaj przyjechała mama, spędziłam z nią trochę czasu. Jutro też spędzę. I pojutrze.

Jak to jest, że ktoś, kto uważa siebie za katolika nie wie, jakie jest jutro święto? Usłyszałam od paru osób, że "zielone świątki", a przecież jutro jest Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Czemu ja, która z Kościołem ma wspólnego tyle samo, co ziemniaki na polu wie o tym, a oni nie? Odpowiedź jest prosta: uważnie studiuję kalendarze, które skrzętnie oznaczają na czerwono wszystkie wolne od pracy dni. I to chyba na tyle.

Kupiłam bilet samolotowy na 1. września. Ciekawi mnie perspektywa wyjazdu na ten EVS. Muszę tylko załatwić kilka ostatnich spraw i reszta powinna pójść z górki. Jak tam będzie? Czy odnajdę to, czego od dawna tak rozpaczliwie szukam? Za dużo jest ostatnio nadziei w moim życiu - za mało pewności.

Przed wyjazdem muszę jeszcze odwiedzić Gdańsk, odebrać dyplom i załatwić kilka spraw.

Idę spać.

piątek, 13 czerwca 2014

Już nigdy

Idę do lasu, gleba przyjemnie pachnie mchem, grzybami i suchymi liśćmi. Dookoła jest zielono, słychać radosny śpiew ptaków. Przez gałęzie drzew przedzierają się promienie słońca. Jest ciepło, w końcu to czerwiec, powinno być ciepło.

Siadam na rozgrzanej słońcem polanie. Piję wodę. Drzewa szumią.

W tej samej sekundzie ktoś ważny umiera na szpitalnym łóżku. I myślę sobie, że już nigdy - już nigdy-nigdy-nigdy - nigdy nie porozmawiamy, nigdy się już nie spotkamy, NIGDY-NIGDY nie usłyszę już tego głosu, tego śmiechu, nie zobaczę nigdy blasku tych oczu. Już nigdy.
    

wtorek, 10 czerwca 2014

Życie się poukładało

Poukładało mi się ostatnio życie. Znalazłam sobie pracę na wakacje (znów jadę na obóz z dzieciakami - yaaaay!), zebrałam wszystkie wpisy w indeksie, oddałam licencjat do dziekanatu. Nie mam teraz zasadniczo nic do roboty, jeżdżę tylko czasami do pracy, a resztę czasu poświęcam moim samotniczym rozrywkom. Układam kostkę, gram w coś na komputerze, jeżdżę na kesze. Nic nowego, nic ciekawego.

Moja chrzestna jest w szpitalu. Chyba nowotwór ją zabija. Czuję, że niedługo będę musiała jechać do domu w kolejnym mało przyjemnym celu. Trzymam się nadziei, chociaż bardzo tego nie lubię.

środa, 4 czerwca 2014

It's alright

Wesołe takie, aż chce się uśmiechnąć. Ale tylko tak głęboko, w małym czarnym serduszku. Bo prawdziwe koty się nie uśmiechają.


Alright, it’s alright, it’s alright, you’ll see...


Z innej beczki: dostałam się na EVS. Lunteren, Holandia. Osoby głęboko niepełnosprawne. Zaczynam od września.*

----

*Z tego lodowatego postu może wynikać, że się nie cieszę i że mi wszystko jedno, ale SERIO - jaram się jak znicz! :D
   

niedziela, 1 czerwca 2014

Dzień Dziecka

Mama zadzwoniła do mnie z życzeniami z okazji Dnia Dziecka. Cieszę się bardzo-bardzo. :)

A poza tym jestem strasznie zarobiona: zbliżająca się wielkimi krokami obrona, zbieranie wpisów (co bardzo często okazuje się karkołomnym zadaniem), walka o byt, szukanie pracy, kręgosłupowa męka. I nic nie idzie tak, jak iść powinno. Na zewnątrz - uśmiechnięta, radosna Marta, taka jak zawsze. W środku nuklearna zima, nuklearna rozpacz, małe zagubione dziecko, które ktoś przez przypadek oddał do domu dziecka i zapomniał odebrać. No ale ja przecież nie narzekam, nie?

Poszłabym na rolki, ale... Nie mogę. :)
(Tak, ten ostatni uśmiech jest czysto ironiczny. Powinien być do tego osobny emotikon.)

czwartek, 29 maja 2014

Fleszmob

Zaśpijmy dzisiaj – będzie fajnie.
Zaśpijmy specjalnie. Udajmy
gorączkę, udajmy malarię.
Olejmy awizo, zignorujmy
dzwonki, grajmy zaginionych,
tylko troszkę martwych.
Zaśpijmy zupełnie –
dzień dniem bez nas zróbmy.
Bez nas się obejdą
te ważne spotkania, te straszne wypadki.
Zaśpijmy dzisiaj, nie mówmy już nic.

Agnieszka Wolny-Hamkało, Fleszmob [w:] Nikon i Lejca, Wrocław 2010

***

Wiecie, Norwegia jest piękna. Oslofjord jest cudowny. Polecam bardzo-bardzo.
Nie polecam tylko nocowania u nieodpowiedzialnych Afgańczyków.


 
        

środa, 21 maja 2014

Du-dum, du-dum.

Jest rok 2011. Noc, pusty przedział pociągu relacji Bielsko Biała Główna - Gdynia Główna. Jest chłodno, więc to pewnie zima. Du-dum, du-dum.

Leżę na czterech wolnych miejscach, jestem przykryta kocem, pod głową mam małą poduszkę. Jest wygodnie, chociaż moje ciało powoli traci swoje ciepło. Niby nie śpię, ale nie jestem też do końca świadoma tego, co się wokół mnie dzieje. Przez dźwięk sunącego po szynach pociągu mam wrażenie, że lecę. Muzyka tworzy słabą ścianę, przez którą dźwięk pociągu częściowo przenika. Du-dum, du-dum.

Przede mną jeszcze pięć godzin podróży - za mną już sześć. "Bliżej niż dalej" to pojęcie bardzo względne. Wie się o tym najlepiej wsiadając na obskurnym katowickim dworcu do jeszcze bardziej obskurnego pociągu. Wie się o tym równie dobrze, gdy się z niego wysiada na równie obskurnym dworcu głównym w Gdańsku. Czas sączy się jak krople z nieszczelnego kranu.
Konduktor odwiedził mój przedział trzy razy. Za każdym razem inny. Niektórzy z nich już mnie kojarzą, w końcu jeżdżę tym pociągiem niemal co dwa tygodnie, prawie na całej długości trasy. Uśmiecham się, pokazuję bilet i zapadam w ten nocnopociągowy stan. Du-dum, du-dum.

Lokomotywa wyje. W takich chwilach muzyka wżera mi się w mózg.

Jest rok 2014. Nocny pociąg z Katowic do Gdańska jedzie teraz 10 godzin. Wiem, bo sprawdziłam. Zamykam oczy i niemal czuję zapach tamtego przedziału. Brakuje tylko świadomości, że jesteś.
 

czwartek, 15 maja 2014

O pamięci

Znacie to z pewnością. W pamięci upływ czasu zapisuje się w rozmaitych rejestrach. Zdarzają się miesiące, a nawet lata, które nie pozostawiły po sobie prawie śladu we wspomnieniach, nie licząc kolejnych rocznic, świąt i siwych włosów. Można by to nazwać rejestrem nawykowym pamięci, rejestr ten służy wyłącznie zachowaniu minimalnej orientacji w życiu i na ogół wystarcza. Pośrodku umieściłbym ów magazyn śladów neuronowych, który zawiera pamięć o wycinkach egzystencji wymykających się rutynie codzienności. Piękne wakacje, rzadkie okresy wytężonej i zarazem owocnej pracy, narodziny dzieci. Wspomnianego rejestru ludzie używają, aby wspólnie przywoływać przeszłość. I wreszcie, na samej górze, albo też na samym dole – w zależności od tego, skąd się patrzy – mamy skromny schowek, gdzie przechowuje się chwile najważniejsze, punkty zwrotne, te momenty i zdarzenia, po których nic już nie było takie, jak dawniej. Zapisany w pamięci upływ czasu zwalnia, ustaje, sprowadza się do niemal całkowitego bezruchu, sekundy kapią ja krople z kranu, ku swojej konieczności. W tym rejestrze pośpiech jest zbędny, wszystko już się stało, można tylko smakować uwięziony czwarty wymiar, rozciągać go, dotykać, bawić się nim niczym jarmarcznym balonikiem. To nie wyczerpuje tematu, powiecie. Oczywiście wspomnijmy w tym miejscu, że istnieje jeszcze czwarty magazyn, ale ktoś ciągle gubi do niego klucze. To jest magazyn, który zawiera wszystko, czego pamiętać nie chcemy. Otóż niedawno znalazłem te klucze, miałem je zresztą przez cały czas w kieszeni.

P. Kofta, O pamięci, [w:] Bura małpa, Warszawa 2004

poniedziałek, 12 maja 2014

Pierdoły

Chyba lubię pisać o pierdołach. Gdy w moim życiu dzieje się coś ważnego, jakoś nie idzie mi pisanie o tym na blogu. Wstawiam wtedy dwu- lub trzyzdaniowy post i koniec. Tym razem będzie podobnie.

Wróciłam z Prokopowa, z projektu, w którym brałam udział. Dotyczył niepełnosprawności. Spędziłam czas naprawdę świetnie - poznałam mnóstwo ciekawych ludzi, nawiązałam nawet nić porozumienia z jedną dziewczyną. Jest w moim wieku, studiuje w Warszawie audiofonologię, więc całkiem pokrewny kierunek. Niedawno zapytała mnie, czy chciałabym w czerwcu wziąć udział w jej projekcie. Oczywiście zgodziłam się - pewnie znów będzie szalenie ciekawie. Ma to być wymiana polsko-chorwacka, a tematem przewodnim jest integracja osób niesłyszących i słyszących poprzez sport. Nie mogę się doczekać!

A co poza tym? Po staremu. Mam trochę problemów na uczelni, ale czuję, że sobie z nimi poradzę.

Wróciłam do szukania EVS-u dla siebie. Bardzo chciałabym wyjechać na rok i odpocząć od tego wszystkiego. Mam wrażenie, że to byłaby doskonała okazja do poukładania mojego życia.

Za nieco ponad tydzień Norwegia! :)

niedziela, 27 kwietnia 2014

Uroki potencjalności

Macie czasami wrażenie, że żyjecie w świecie złudzeń? Ja mam często. Ale już mnie to nie martwi, raczej bawi. Za każdym razem, gdy ponosi mnie wyobraźnia (bo nie będę sobie wmawiać, że tak po prostu bywa, czy coś; to musi być wina mojej niewyżytej fantazji), a potem brutalnie zderzam się z rzeczywistością, chce mi się śmiać. To jest śmieszne. Ludzie są śmieszni. Ja jestem śmieszna.

Byłam u ortopedy, dostałam skierowanie na rehabilitację. Po wyjściu z gabinetu byłam zadowolona - w końcu nie trafię pod nóż, jeszcze coś da się zrobić. Po podejściu do rejestracji na rehabilitację moja radość minęła - najbliższe wolne terminy to przełom listopada i grudnia. Ortopeda powiedział mi, że jeśli ból będzie się utrzymywał, mam przyjść po skierowanie do neurochirurga. Zastanawiam się, czy jest sens czekać, czy może lepiej od razu wziąć to skierowanie i nie łudzić się, że "pilna" rehabilitacja w grudniu po południu coś da. W innych przychodniach sytuacja jest dokładnie taka sama.

Z ciekawszych rzeczy: byłam na koncercie Riverside w środę. Było nieziemsko, chociaż byłam tam zupełnie sama. Spotkałam O., ale rozmowa średnio się kleiła. W sumie się nie dziwię. Zwiałam przy pierwszej okazji.

Pakuję manatki, od jutra Prokopów na cały tydzień. Czuję, że będzie ciekawie. Być może tym razem chociaż na chwilę nie będę musiała się rzucać w wir złudzeń. Nanana.

Edit: To jest post nr 37! Jakoś bardziej mnie cieszy niż pierwsze urodziny bloga. (:
   

wtorek, 22 kwietnia 2014

Kurwa mać, mój strój

kąpielowy został w Warszafce. Musiał to zrobić akurat teraz i akurat mnie. Chciałabym go kiedyś odzyskać, tak samo jak kapcie, klapki i godność.

Pozdrowienia przesyła mój ból dupy.
   

piątek, 18 kwietnia 2014

Po(d)stępy

Tym razem dopadła mnie dobra passa. Zakwalifikowałam się na projekt, o którym czytałam jakiś czas temu. 28. kwietnia jadę do Poznania i spędzę tam cały tydzień. Poznam nowych, ciekawych ludzi z zagranicy. Pewnie jeszcze do tego wrócę, póki co nie ma jeszcze za bardzo o czym pisać.

Co poza tym? Poznałam ciekawego faceta, byłam z nim wczoraj na kawie. Spotkaliśmy się o 18:30. Przyznam szczerze, że zwykle po godzinie takiego randkowania mam dość i zwijam się do domu. Tym razem było inaczej - rozmawiało mi się wyjątkowo lekko, chociaż tematy wcale nie należały do najłatwiejszych. Czułam, że on mnie w pewien sposób rozumie. Człowiek smutny tak, jak ja. I obietnice dotyczące łatwych znajomości poszły do diabła. ;) Ale co ja poradzę, że zwykle tylko smutni ludzie są ciekawi? Randka skończyła się o 22:00, zostałam odprowadzona pod sam akademik, po czym pożegnana i niejako zmuszona do zapewnienia, że w poniedziałek też się zobaczymy. Cieszy mnie to! :)

Wróciłam dzisiaj do domu, przyjechała też mama. Dobrze jest ją zobaczyć. :)

Niestety znowu jestem chora. Nie wiem, co się ostatnio dzieje z moją odpornością. Chyba trochę przesadzam i zbyt cienko się ubieram, a to przecież zdradliwy kwiecień. Mam zamiar się przez weekend wykurować, dlatego też leżę dzisiaj (z małymi przerwami) w łóżku, piję ciepłą herbatę i odpoczywam.

W poniedziałek rano wracam do Gdańska, we wtorek mam ortopedę, a w środę koncert Riverside. Jutro dowiem się, czy udało mi się wygrać bilet. Byłoby miło. :)

Zastanawiam się tylko, gdzie w całej tej dobrej passie znajduje się jakiś haczyk. Podstęp musi przecież być, jakże by inaczej!

To chyba na tyle. Do pozdrowień z Dolnego Śląska dołączam ten oto utwór:


Miłego wieczoru!
    

czwartek, 10 kwietnia 2014

Fenomen sałatki

Zrobiłam dzisiaj moją ulubioną sałatkę warzywno-serowo-mięsną. Nie wiem, jak ją nazwać. W tej sałatce jest magia. To połączenie zwykłych składników przyprawia moje kubki smakowe o istną ekstazę. Za każdym razem, gdy ją jem. Co w niej takiego wyjątkowego? Wygląda przeciętnie, pachnie przeciętnie, ale ten smak... Cud!

Nigdy tego nie robiłam i już pewnie nigdy nie zrobię, ale podam teraz przepis na moją fenomenalną sałatkę. Kto wie, kogo jeszcze zachwyci.

Sałatka autorska Kota

Składniki:
15 dag sera żółtego o łagodnym smaku
15 dag dowolnej wędliny (np. polędwicy sopockiej albo kiełbasy krakowskiej)
puszka kukurydzy
puszka fasoli czerwonej
pół słoika cebulki marynowanej
duża cebula czerwona
dwie łyżki majonezu
dwie łyżki śmietany lub jogurtu typu greckiego
sól, pieprz

Ser i szynkę kroimy w kosteczkę. Wsypujemy do sporej miski, dosypujemy odcedzoną kukurydzę i fasolę. Cebulkę marynowaną kroimy na połówki i dodajemy. Cebulę czerwoną kroimy na ćwiartki i siekamy. Dodajemy do reszty składników, mieszamy całość. Dodajemy majonez i jogurt. Mieszamy ponownie. Dodajemy sól i pieprz do smaku.

Ta-dam! Jak widać, składniki są całkiem przeciętne, a ten smak... Mmmmm. Smacznego. ^^
     

czwartek, 3 kwietnia 2014

Prawie

No i jednak dopadła mnie ta wiosenna deprecha. Kurcze, jak to jest, że ludzie się normalnie poznają, spędzają ze sobą czas, widują?

To wszystko przez to, że nie umiem pogodzić się z tym, że to jest właśnie to. To jest moje życie. Tak było przecież zawsze. Ludzie przewijają się przez nie, każdy zostawia mniejsze lub większe ślady. Niektórych wspomina się dobrze, innych źle. Nikt nie zostaje.

A może po prostu powinnam zadowolić się kimś prawie? Prawie w moim typie, prawie kochającym koty, kimś z kim mogłabym porozmawiać prawie na każdy temat i z kim czułabym się prawie dobrze prawie każdego dnia?

Może takim prawdziwym, dobrym postanowieniem byłoby przestać się męczyć, przestać szukać, gonić za czymś, czego nie ma i zaakceptować to, co mam?

Prawie potrafiłabym go dotrzymać.


 
  

czwartek, 20 marca 2014

Pierwsze urodziny bloga

Świętujemy dziś pierwsze urodziny bloga! :)
Nie będę niczego analizować, bo nie lubię.

[tort] [świeczki] [fanfary] [oklaski] [śpiewy] [alkohol]


 

sobota, 15 marca 2014

Back to black

Przywdziewam czarne szaty. Ale tylko takie trochę czarne.
Pogodzona z faktem, że szczęśliwa to ja już raczej nie będę.

Wróciłam z domu, w sumie nie było wcale aż tak źle. Okazało się, że mimo półrocznej przerwy NADAL umiem jeździć samochodem. Pocieszające.

Co jeszcze? Czekam na rezonans. Jeszcze o tym nie pisałam, ale mam spore problemy z kręgosłupem. Niedawno dostałam pocztą kartę z DKMS-u. Oficjalnie jestem w bazie potencjalnych dawców szpiku kostnego. Trzymam kciuki, żeby komuś mój szpik podpasował, chętnie oddam trochę komórek macierzystych. To dopiero byłby HAJ!

Co jeszcze? Nic już. Te słowa utworu idealnie wpasowały się w to, co teraz czuję:

But when that all shattered I felt I'd broken my fall,
Couldn't pretend that I felt strong about us anymore.
Without that help I finally started to live my own life -
And I know I don't need you now.




Dobranoc Państwu.
  

poniedziałek, 10 marca 2014

Jeszcze większy syf w życiu

Czasami myślę sobie, że chciałabym się z mojego życia obudzić. Otworzyć oczy i pojąć, że to był tylko sen. Odetchnąć z ulgą. Ale nie wstawać - zamknąć oczy z powrotem i zasnąć, śnić o czymś innym. Czuję się jak pudełko zapałek, z których ktoś zdrapał siarkę.

Niby jestem, niby oddycham, niby wstaję co rano, idę do pracy albo na zajęcia. Niby.

Jadę jutro na pięć dni do domu. Mama wyjechała do Niemiec do pracy. Pisała mi dzisiaj, że jest ciężko, że jest zmęczona. Boli mnie to, że ona musi tam tyrać, bo w ten cholernej Polsce nie ma nic. I w imię czego? Chciałabym móc jej pomóc, żeby nie musiała tak się męczyć. Chciałabym... W zasadzie nie wiem, po co ja tam w ogóle jadę. To przez te darmowe bilety i trochę z obowiązku, "bo czasem trzeba". Bełkot...

Z M. źle. Nie lubię być stawiana przed ostatecznościami. Najpierw ponadroczne przyzwyczajanie się do czyjejś nieobecności, później przyzwyczajanie się do obecności kogoś innego i teraz znów do nieobecności. Do pustki, której miało już przecież nie być.

Wypożyczyłam sobie dwa tomiki opowiadań Kofty, będę miała co robić jutro w autokarze.

Nie chce mi się już nic więcej pisać.

     

środa, 19 lutego 2014

Żurawie na suficie

Zostałam natchniona muzyką i teledyskiem do utworu Hammock - Breathturn z albumu Chasing After Shadows... Living With the Ghosts z 2010 roku. Jest to zespół grający post-rock z dużym wpływem ambientu oraz szeroko pojętej muzyki elektronicznej. Odkryłam ich bardzo dawno temu, słucham i uwielbiam do dziś. Polecam.


Wracając do natchnienia... Odświeżyłam moje skille z zakresu Origami i stworzyłam takie oto cudeńko, wiszące nad moją głową w momencie pisania tego postu. W moim pokoju jest teraz dużo przyjemniej. Podoba mi się to!


czwartek, 13 lutego 2014

Syf w życiu

Siedzę w syfie. Mam w pokoju taki kipisz, że nawet mi się nie chce go ogarniać, więc siedzę w syfie. I jest mi z tym zadziwiająco dobrze. Właściwie tyle do napisania. W głośnikach Lampshade i ich smutaśny album Because Trees Can Fly. Chciałabym być drzewem. Albo kamieniem. I chciałabym umieć latać.

Walking on desert islands,
Try to keep my face up to see you. 

Lampshade - He Is Right In My Mirage

Zastanawiam się, czy ktoś to w ogóle czyta. Czy ten blog dociera do kogokolwiek? HALO, JEST TAM KTO?

Pozdrawiam.

środa, 29 stycznia 2014

Lucid dream i ja

Miałam tej nocy LD, z którego nie byłam w stanie się wybudzić.

Świat, jak zwykle, był wytworem mojej podświadomości - nad tą częścią świadomego śnienia nie miałam kontroli nigdy, nawet gdy LD przychodziły co noc. Niewiele z tego świata zdołałam zapamiętać. Pamiętam tylko, że byłam u siebie w akademiku oraz że w tym śnie towarzyszyła mi moja współlokatorka Ewa. Przez moment wydawało mi się, że już się obudziłam - umysł miałam dość trzeźwy. Wszystko przebiegało zupełnie inaczej, niż dawniej. Po chwili uświadomiłam sobie, że przecież mój obecny pokój wygląda inaczej - ale mimo to, nie czułam się w nim obco. Rozejrzałam się dookoła. Niestety nie zdołałam zapamiętać zbyt wielu detali - pokój był po prostu większy, miał mniej mebli (może to było tylko wrażenie, spowodowane zwiększeniem wielkości pokoju? nie wiem), a ściany miały kolor zielono-żółty (standardowe przeniesienie z domu rodzinnego, mam w pokoju zielono-żółte ściany). Był dzień, na zewnątrz było zupełnie jasno. To musiała być wiosna lub wczesne lato, bo było stosunkowo ciepło.

Czułam się, jakbym dopiero wstała z łóżka - niby już nie śpię, ale nie jestem jeszcze do końca rozbudzona. Po głowie przebiegła mi myśl, że przecież mój pokój wygląda nieco inaczej, że kilka szczegółów się nie zgadza. Pomyślałam, że nie mogę się teraz obudzić. Uświadomiłam sobie, że już to kiedyś czułam - wiele razy, zawsze podczas snu. I wtedy, odruchowo, spojrzałam na prawy nadgarstek, na którym dostrzegłam tarczę czarnego, elektronicznego zegarka. Nie byłam w stanie odczytać z niego godziny. Wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że śnię - przecież nie noszę zegarka, a już tym bardziej takiego, który pokazuje jakieś dziwne, przemieszane kreski zamiast aktualnej godziny. Mimo że robiłam to już wiele razy, poczułam potrzebę poparcia mojej tezy jeszcze jednym dowodem - podeszłam do włącznika światła i nacisnęłam go. Nic się nie stało, światło się nie zapaliło. Wtedy byłam już w stu procentach pewna, że śnię, a wszystko dookoła jest wytworem mojej podświadomości. Poczułam zdziwienie. LD od dawna nie pojawiały się u mnie tak same z siebie. Nie próbowałam ich też wywoływać. Od dawna nie zapisywałam snów, zrezygnowałam z regularnego chodzenia spać - zrobiłam dosłownie wszystko, żeby LD odeszły same z siebie. I odeszły. LD z ostatniej nocy zaskoczył mnie, zdziwił - nie byłam na to przygotowana. Pogodziłam się już z myślą, że nigdy do tego nie wrócę. Że nie chcę wracać i że tak jest lepiej.

Zaczęłam się bać. Przypomniałam sobie, co było w moim ostatnim LD, wyśnionym już jakiś czas temu. Straciłam w nim kontrolę nad wszystkim - zachowałam jedynie świadomość i - co najgorsze - nie byłam w stanie się z niego wybudzić. Eksperymentowanie ze świadomym śnieniem dało mi to, że nawet teraz mogę przerwać każdy sen w dowolnym momencie. Każdy sen, ale nie LD. Wybudzenie ze świadomego snu zwykle następowało samoistnie - dzwonił budzik, do mojej podświadomości przebijał się jakiś szmer w pokoju obok, ktoś trzasnął drzwiami - standardowe pobudki. Raz czy dwa zdarzyło mi się we śnie upaść - to również mnie natychmiastowo wybudzało. Ale w LD, które miałam w ostatnich miesiącach moich eksperymentów nic nie było w stanie wyłowić mojej podświadomości ze snu. Wiedziałam, że śnię, ale mimo wszystko ciągle czułam ten strach, lęk, musiałam przed czymś uciekać albo czułam spadanie. Częste były też LD "powtórkowe" - potrafiłam noc w noc świadomie śnić o jakimś traumatycznym wydarzeniu w moim życiu. Podświadomość zawładnęła mną, kreując wokół mnie rzeczywistość, której bałam się najbardziej. Pomimo świadomości, że śnię. Wtedy właśnie zdecydowałam, że to koniec zabawy ze snami.

LD odchodziły powoli. Na końcu zostały już standardowe koszmary, takie bez udziału świadomości. Byłam normalnym obserwatorem i uczestnikiem wydarzeń, ale nie mogłam kontrolować swoich ruchów. Z tych koszmarów było mi łatwo się wybudzić - zwykle robiłam to, gdy miałam już dość. Wraz z upływem czasu koszmary również zniknęły. Nie pojawiały się również regularne sny, a przynajmniej utraciłam zdolność do zapamiętywania ich. Tego jest mi naprawdę szkoda - budzę się rano i nie pamiętam, co robiłam we śnie. Z dwojga złego, mimo wszystko, lepsze to, niż pamiętanie okropnych snów.

A ten LD z ostatniej nocy... W sumie nie było w nim nic strasznego, nic, co mogłoby sprawić, że powinnam się bać. Świadomość trwała jakiś czas, ale pamiętam, że nie byłam w stanie się obudzić, przerwać tego snu. Eksplorowałam otoczenie, szłam akademikowym korytarzem oraz chodnikiem przed budynkiem. Wszystko było żywe, zielone. Zastanawiam się teraz, czemu nie robiłam niczego konkretnego - w tamtym momencie chyba po prostu nie było mi to potrzebne. Co jakiś czas zerkałam na prawy nadgarstek, jakby upewniając się, że ciągle jeszcze śnię. W pewnym momencie miałam wrażenie, że zaczynam się budzić: otwieram oczy, wstaję z łóżka, zaczynam się ubierać, ale było to wybudzenie pozorne - wszystko to było częścią mojego dziwnego LD.

Obudziłam się dopiero jakiś czas później (moja współlokatorka wstawała do WC i kopnęła niechcący butelkę, stojącą przy moim łóżku). Spojrzałam na prawy nadgarstek - nie było na nim zegarka.

Zastanawiam się, co może zwiastować powrót LD. Może to był tylko jednorazowy zryw? Przyznaję, że kusi mnie perspektywa świadomego śnienia, ale jakaś część mnie ma nadzieję, że to się już nie wydarzy.

A: How did you finally get out of the dream? See, that's my problem. I'm like I'm trapped. I keep thinking that I'm waking up, but I'm still in a dream. It seems like it's going on forever. I can't get out of it. I wanna wake up for real. How do you really wake up?
B: I don't know. I'm not very good at that anymore. But if that's what you're thinkin' you probably should. I mean, if you can wake up, you should, because some day you won't be able to. So, it's easy, you know - just wake up.

środa, 15 stycznia 2014

Słońce

Za plecami chowasz szorstką skórę i nie widzisz, jak zagięcia wzdłuż niej wypuszczają korzenie, i jak rosną drzewa, tętnią coraz grubiej, i coraz bardziej drżą wiosła palców... W odbiciach pokazuje kurz każde lustro.

(Gdy byłam mała, marzyłam o niedźwiedziach, by przespać razem zimę. A potem tato zabrał mnie do ZOO i niedźwiedzie śmierdzą, i śmierdzą ptaki razem z nimi, i lwy, i nawet śmierdział człowiek, który nas tam wpuszczał.)

Za plecami chowasz słońce w dłoniach - mówiłeś, że to tylko pomarańcza i że kiedyś była obierana tymi dłońmi. Wczoraj skaleczyłeś się przy obieraniu nożem, patrzyłeś, jak zachodzi słońce, a cały pokój kuli się, nachyla i przytula środek...
  

piątek, 3 stycznia 2014

***

Pamiętacie nasz ostatni wieczór w Nieporęcie?
Wpadłam wtedy do studni i chociaż krzyczałam,
wzięliście koszyk, wino i serwetkę w kratkę,
wsiedliście do samochodu i zapadła noc.

Dryfowałam na słomce strachu, że zasnę
i utonę, a wtedy podwodne pająki
i robaki na ścianach, drepczące jak Japonki
z porcelany, nie zatrzymujące się, gdy się mijają,
one wtedy zobaczą, że byłam człowiekiem
i że utonęłam.

I nie było świtu. Zimę spędzę pod lodem,
znajdziecie mnie wiosną, powiecie, że się zmieniłam,
że jest w moich oczach wyraz, którego nie było.

J. Bargielska
p.h.p. wiersze
, Wałbrzych 2002